Uncategorized

Rita Ora

Jedno w życiu jest pewne jak amen w pacierzu. Każdy ma swoje obsesje. Jako dziecko czytamy wszystko o dinozaurach albo kosmosie, ewentualnie czołgach. Później, kiedy już mamy dostęp do Bravo i Bravo GIRL przerzucamy się na Justina Timberlake’a, Billa Kaultiza albo Evę Longorię. Wtedy oczywistą rzeczą jest że najbardziej podstawową funkcją egzystencji to doinformowanie wszystkich o absolutnie każdym szczególe dotyczącym osoby/rzeczy/zjawiska, hołubienie jej i wytwarzanie (jednostronnej) silnej więzi z obiektem hiperfiksacji, która będzie dla nas oparciem w trudnych czasach.Teraz nazywa się to wytwarzanie paradoksalnej relacji, kiedyś nazywało się bycie psychofanem.

Tak się mądrzę, bo mogę z dumą powiedzieć – BYŁAM KIEDYŚ PSYCHOFANKĄ. Teraz jest na to elegantsze słowo, które moim zdaniem nie oddaje otchłani uczuć do obiektu westchnień – stan. Po drodze była jeszcze fangirl, ale teraz słowo to jednoznacznie kojarzy mi się z fanfikami One Direction. Piszę byłam – ale może dalej jestem? Spotkawszy na imprezie u osoby koleżeńskiej dziewczynę, która też uwielbiała Patricka Wolfa, okazało się że temat dalej mógł się ciągnąć w nieskończoność. Ale nie myślcie drodzy czytelnicy, że bycie psychofanem ogranicza się tylko do gadki i wspominania jaka pierwsza płyta była super,  jaki teledysk to The City był słodki, że nie wiadomo co z Kluską (kto ma wiedzieć ten wie), co było w najnowszym live na instagramie o 4 rano, że teraz Patrick nic nie nagrywa bo gra na flecie na jakiejś opuszczonej stacji i ma depresję. Jest to wiele elementów których w retrospekcji się wstydzę, ale drugiej strony wspominam z pewnym rozrzewnieniem. I wszystkie one tworzą bardzo dziwną mozaikę mojego psychofaństwa.

Jak można nie westchnąć z rozrzewnieniem nad tym, że kiedy Patrick pierwszy raz przyjechał do Polski, ja z innymi osobami koleżeńskimi poznanymi na Facebooku, zrobiłyśmy kosz rodem z PSS Społem, z Ptasim Mleczkiem, Delicjami i żubrówką w żubranku? Czy potraficie sobie wyobrazić naszą ekstazę, kiedy Patrick zrobił z nią sobie drinka na scenie? Wszyscy byliśmy oczywiście tuż pod sceną po Bitwie do Wejścia – no bo chyba nie ma opcji, żebyśmy nie stały tuż pod sceną, uwieszone barierki? Zwłaszcza kiedy mieliśmy do wykonnia akcję koncertową z wyciąganiem kartek i sypaniem w powietrze brokatu? Dostanie tego miejsca wymagało solidnej przeprawy z łokciami w pogotowiu i koczowania pod salą koncertową 2 godziny wcześniej. Z mniejszym rozrzewnieniem wspominam tak zwane albumy urodzinowe, tzn. specjalne prezenty na patrykowe urodziny, gdzie robiło się zdjęcie z konkretną literką z frazy „Happy Birthday” w swoim mieście. Specjalnie pojechałam do Warszawy, żeby strzelić sobie fotę pod PKiN. Więcej niż jeden raz. Album wydrukowany oczywiście trafiał do Patricka.

RADA OD ZUZIACZKA

Pamiętajcie, jak rzucacie brokatem w górę, to mimo że super to wygląda, nie patrzcie w górę, bo będziecie mieć brokat w oczach i będziecie łzawić przez cały koncert. Wasza współlokatorka będzie wymywać z mieszkania brokat przez kolejne pół roku. 

Niech pozostaną milczeniem wspomnienia o tym, jak założyłam hejterskiego fanpage jednej irytującej dziewczyny z koncertów, stalkowanie chłopaka Patricka (vel Kluska). Zamiast tego zastępuję je wspomnieniem wymianki ręcznie robionych Patrick-themed kartek świątecznych z ludźmi z Tumblra, których w ogóle nie znałam.

Po drodze miałam więcej zawiech na konkretnych osobach, ale żadna nawet nie zbliża się do intensywności Patricka… Może poza jedną kategorią.

Podrozdział: Hate Boner (pl. Wzwód nienawiści)

O ile sympatie przychodzą, odchodzą, i wspominam o nich czasem czule, czasem z rozbawieniem, kategoria hate bonera jest niestety częstą odmianą moich obsesji. Czym jest hate boner? Podobnie jak psychofaństwo, dążymy tutaj do całkowitego poznania naszego obiektu, jednak w zupełnie przeciwnym celu. Jest to fiksacja negatywna, która zamiast wynosić obiekt na piedestał, dąży to oblania go farbą i wdeptania w ziemię. Sam akt poznania sprawia perwersyjną przyjemność i pozwala na wyzwolenie oburzenia, zirytowania i nienawiści. Hate’owanie obiektu obsesji wywołuje erotyczne wręcz napięcie, które najprawdopodobniej nigdy nie znajdzie ujścia. O ile psychofaństwo może się karmić okruchami bliskości piosenkarzy na koncertach lub postami w mediach społecznościowych, ujście hejtu to ostateczne i publiczne unieważnienie naszej znienawidzonej osoby – co, umówmy się, nie dzieje się. Wszyscy hejtujemy w cichości swoich serduszek (proszę, powiedzcie mi że nie piszecie niemiłych komentarzy na Pudelku). 

 Wiecie kto w liceum napisał sobie czarnym długopisem na dżinsowej kurtce HATE? Wzwody nienawiści to moja specjalność. Hejterstwo płynie zakrzepamii przez moje żyły, przez co podejrzewam że muszę być najbardziej napaloną osobą na Mazowszu. W małopolskim może już nie, bo nie wiem czy mój wzwód nienawiści może w jakikolwiek sposób konkurować z elektrownią nienawiści ładowaną łańcuchem dostaw Brytoli do Krakowa. Aktywnie wyszukuję informacje, tylko po to żeby ponarzekać na konkretne osoby, mimo że nie robią nic złego, poza tym że mnie irytują. Rozpoczynam półgodzinne tyrady, by przeżyć mój gniew. Szukam zgody od innych osób – jak też się poirytują osobą, jest to jak orgazm. No ale jaki jest wzwód każdy widzi. Żeby się utrzymał, niezbędna jest ciągła stymulacja. Tak więc instagram się scrolluje, fejs się przegląda, a ja dyszę z rozkoszy nad moim oburzeniem. I jak zapewne się domyślacie, to zjawisko nie ma absolutnie nic wspólnego z zazdrością.

No ale dobra, pytacie, drodzy czytelnicy,  dlaczego w ogóle ta notka jest zatytułowana „Rita Ora”? Czy jestem psychofanką, czy mam hate bonera? Jest to bardzo dobre pytanie. Tak naprawdę celem tej rozprawki było rozprawienie się z tą kwestią, przeczytanie i edytowanie mojego strumienia świadomości. Ustalenie, jakie uczucia żywię do Rity. Faktem jest to, że złapałam Rita-bakcyla, o Ricie nasłuchali się moi znajomi, moi followersi na Instagramie i mój terapeuta. I na pewno co najmniej paru czytelników bloga nie ma pojęcia, kim jest Rita Ora, albo coś kojarzą, ale nie do końca.

Nie jest łatwo wkręcić się w Ritę. Podczas procesu Johnnego Deppa wkręciłam się w plotkarskie fora, i wyszukiwałem na nich informacje o ludziach, których lubię, np. Taika Waititi. Odkryłam, że ma dziewczynę, Ritę Orę – moją reakcją nie była ani nienawiść, ani radość, bardziej lakoniczne uniesienie brwi. Lecz od razu przyznaję się – ledwo wiedziałam kto zaś, ani co w ogóle robi. Drodzy czytelnicy – otóż nic. Czasami coś nagra, ale głównie to chodzi po czerwonych dywanach, promuje swoją tequilę, i jest fotografowana na mieście. Cytując moje forum plotkarskie – „get yourself somebody that looks at you like Rita Ora looks at paparazzi”. Rita jest znana z….? Jej największy hit to bycie chórkami w piosence Charlie XCX. Każda jej piosenka brzmi jak kandydat Eurowizyjny z Wielkiej Brytanii, który niechybnie dostanie 0 punktów. Była dziewczyną Bruno Marsa, Roba Kardashiana, Calvina Harrisa… co było powodem wielu dram, a co za tym idzie wielu nagłówków w gazetach typu szmatławiec. Istnieje też konflikt między nią a Duą Lipą, bo obie są z Albanii Dua chciała jej pomóc się wybić, ale Rita stwierdziła że sama sobie poradzi… Cóż, widać jak wyszło. Przy temacie Albanii, Rita często oskarżana – i słusznie – o blackfishing, czy udawanie, że jest ciemniejsza niż jest żeby być bardziej…? Sławną? 

Rita jest też internetowo znana z tego tweetu (uwaga na ciarki wstydu):

Tweet zebrał 5% lajków, więc Rita go usunęła, twiedząc że ktoś jej się włamał na konto. 

Tak było, Rita.

Mam więc z Ritą problem – wydaje mi się na tyle nieporadna i odrobinę głupiutka, jej muzyka to pop który nie wyróżnia się niczym specjalnym. W kościach czuję, że powinien być to maksymalny hate boner, i w takich sytuacjach często się niechcący pojawiał. Tutaj jednak… Nic nie drgnęło. Często myślę o Ricie i włączam jej płytę, żeby pomyśleć „och jakie to jest złe”, ale potem łapię się na zapętleniu jednej z piosenek, zupełnie nieironicznie i bez karania się za to. Ciężko jest mi sobie poradzić z tą ambiwalencją, zwłaszcza że mam często problem z przebywaniem w szarej strefie, zamiast na biegunach. 

Po dłuższej refleksji, myślę że Rita stała się być może takim symbolem niedopowiedzenia, fascynacji, która nie jest parasocjalna tylko bardziej podobna do naszych obsesji z dzieciństwa. Przypomina bardziej fascynację ciekawym kamieniem znalezionym na plaży albo otoczakiem, niż podkochiwanie się w Scarlett. Przypomina mi też o tym, że może nie wszystko jest jest albo love, albo hate, tylko istnieje coś takiego jak złoty środek w postaci Rity Ory (a oro to w końcu „złoto” po hiszpańsku”!). Letnia (sic) obsesja, niegroźna, figlarna, która dzięki braku głębi nie powoduje wstydu ani smutku, tylko uśmiech na twarzy jak po głupim jasiu i jest źródłem rozrywki dzięki swojej niedorzeczności. Może każdy musi przejść swój łańcuch obsesji, minąć każde kółeczko w serii Kosmos-Bravo GIRL-Psychofaństwo, żeby dotrzeć do kółeczka Rita Ora. I może Rita Ora jest wejściem w dorosłość, albo dojrzałość, w wieku 29 lat. 

Na sam koniec wstawiam moje ulubione zdjęcie Rity i zdjęcie mojego ulubionego kamienia. Myślę że mają parę punktów stycznych. 

Standard
Uncategorized

Dramat z sąsiadami

Drodzy, drodzy. Pandemia zmieniła wiele, tego nikt nie może zaprzeczyć. Chciałabym jednak opisać wam pewną rzecz która zmieniła się – a może po prostu urosła diametralnie do absurdalnych rozmiarów – w mojej rzeczywistości. Chodzi o sąsiedztwo. Wszyscy wiemy że mieszkanie w budynku gdzie ma się sąsiadów nie zawsze jest lekkie i przyjemne. Jednak przez natężenie się sąsiedztwa przez pandemię, przebywanie ścianę w ścianę z innymi ludźmi prawie całą dobę, może faktycznie doprowadzić do pewnych bardzo interesujących sytuacji. Ale żeby rozpocząć moją opowieść, zacznijmy od…

PRELUDIUM

Od początku stycznia zamówiłam sobie katering dietetyczny, przywozili mi pod drzwi i było super, jem zdrowo i chudnę bez żadnego starania się – czego chcieć więcej.

Pewnego dnia wystawiam jednak głowę z mojego mieszkania, a na parapacie nie ma torby. Zrobiłam piżamowy obchód, może ktoś zostawił pod innymi drzwiami? Niestety, wszystko wskazuje na to że zniknęła mi cała torba żarcia spod drzwi, albo nigdy jej tam nie było. Katering twierdzi że wedługich systemu logistycznemu zostało dostarczone i mają zdjęcie torby pod drzwiami.

O nie, ty plugawy przestępco kradnący moje zdrowe wegańskie posiłki 1500kcal dziennie, nie przechytrzysz mnie! Od tamtej pory wstawałam o 3 rano żeby zabierać pudełka spod drzwi – przez obserwację wiedziałam, że zazwyczaj wtedy torba ląduje na wycieraczce.  Ale! I tak ciągle czegoś brakowało w środku, zazwyczaj jakieś pierdoły w stylu przekąska bądź podwieczorek który był mikroskopijnym kawałkiem ciasta. Zwalałam to na catering, bo torba była zamknięta, była tam mała dziura ale wydawało mi się że niemożliwe jest wyjęcie czegokolwiek.

Enter moi sąsiedzi. Mieszkam w starej kamienicy więc nie mamy pięter, tylko półpiętra po jednym mieszkaniu. Sąsiedzi mieszkają naprzeciwko, pół piętra niżej, i widzą moje drzwi doskonale przez swój wizjer, tak jak ja widzę ich. Bardzo długo nie było ich w tym mieszkaniu w ogóle. Pewnego dnia zjawił się dzielnicowy i zapytał czy ich znam. Nie znałam bo ich nie było.

Ale powrócili.

Oczywiście moim pierwszym odruchem był odruch ubecki – zadzwonienie do dzielnicowego, K. namówił mnie żeby tego nie robić argumentem „nie bądź ubekiem”. Jak dowiecie się z poniższej lektury, nie miał racji.

Od początku mnie martwili. Non stop słychać było od nich krzyki i kłótnie, kurwy i ja pierdolę, nie odpowiadają mi na dzień dobry, facet często chodzi nalany. Muzykę puszczają tak głośno że jeśli otworzę swoje drzwi to mogę przesłuchać całego crazy froga. Wtedy nic stamtąd nie słychać poza rambam bak bambambam this is crazy froog!

Ostatnio też grzebali się w skrzynce do internetu i rozwalili nam kabel, dowiedzieliśmy się jak wywaliło nam wifi i okazało się że w skrzynce ktoś majstrował przy modemach (mamy skrzynkę na klatce, na wspólne półpiętro, więc tylko oni mieliby do niej klucz i w ogóle interes).

Pech chciał że katering zaczął przywozić rzeczy później i o 3 go nie było. Znów znikają mi rzeczy, w tym dość bezczelnie bo torba była otwarta, co sprawiło że wątpię ze to wina kateringu. Poprosiłam dostawcę żeby za każdym razem dzwonił czego nie robił.

Zastanawiałam się czy istnieje jakaś metoda na systematyczne uporanie się takim problemem. Oczywiście że poradziłam sobie z tym pytając w internecie, sugestie jednak w dużej mierze sugerowały jedynie:

– otrucie sąsiadów

– spowodowanie sraczki u sąsiadów

– poparzenie układu pokarmowego sąsiadów najostrzejszym sosem z chilli

– zamontowanie kamerki w judaszu

Dzięki tym doskonałym sugestiom wybrałam najbardziej odpowiedni środek prewencyjny, mianowicie nie zrobiłam nic. The Zuziaczek way. Subskrypcja na katering się skończyła, skończyły się i kradzieże.

PRZERYWNIK

CHÓR:

Ktoś nasikał do wazoników w których stały suche kwiatki,

W moczu stoją zeschłe róże i bratki.

Skąd wiem że to mocz, braci moja miła?

Skosztować owej cieczy się nie odważyłam,

Jednak jej kolor i zapach specyficzny,

Wskazują na zaczątek fizjologiczny.

Lecz wtem – wirus straszny, ludu,

                                             Zaklucz drzwi!

W Biedrze wciąż kolejka, prawie rozlew krwi,

Catering by się przydał, coś mnie niepokoi

Czy jedzenie to mój, czy sąsiada głód zaspokoi.

Wtem! Niczym trąba jerychońska dudni

Muzyka od sąsiadów, echo w całej studni

Kamienicy, do każdego mieszkania wpada

Crazy frog, Peja, Depeche Mode, głos starego dziada

Zremiksowany i w społy z babą należycie

„In my mind, in my head” śpiewa na ripicie.

Wtem! W rzadkim momencie ciszy

Sokół się odzywa, krzyczy, wrzeszczy, piszczy

Tak, objawienie jakieś się przybliża,

Tak, drugie starcie sąsiedzkie chyba się przybliża!

Drugie starcie! Zaledwie wyrzekłam te słowa,

Przez okno wychyliła się lubego ma głowa.

To nie sokolnik, to nie sokół lecz nagranie,

Godzina po godzinie gra nieubłaganie.

Siódma rano – znów ptasi głos rozbrzmiewa,

Tak mi sąsiedzi uchylają nieba.

KULMINACJA

Od lutego moja kamienica i życie w niej zaczęło przypominać fabułę Highrise – sąsiedzi kradnący katering byli tylko zaczątkiem rozkładu wartości społeczych w moim budynku. Zaczęła się podwójna pandemia.

Kulminacją jest historia o sąsiedzie Tomaszu – moim sąsiedzie z 3b. Jest to tylko jeden z opętańców, historii sąsiedzkich jest więcej, ale dziś tylko o nim.

Enter Tomasz. Nie nazywa się tak naprawdę Tomasz, ale ma taką tomaszową twarz że został przeze mnie tak ochrzczony. Tomasz jest swołoczą której oczkiem w głowie jest jego samochód. Wygląda jak stary gimnazjalista, ma pewnie tak z 55 lat, ale gdyby nie jego zmarszczki powiedziałabym że chodzi do 3b. Jego auto to nie Porsche ani nawet BWM, tylko 20-letni minivan który parkuje tuż pod swoim oknem. Podejrzewam że po to, żeby mieć na samochód oko i bronić go przed ewentualnymi zamachami terrorystycznymi. Często siedzi w oknie i patrzy na minivana czułym wzrokiem, ewentualnie plotkuje z tego okna ze sprzątaczką (więc na pewno wie o sprawie z kateringiem).

Podczas pandemii ktoś zaczął remont bezpośrednio nad Tomaszem. Wybaczcie angielszczyznę ale Tomasz went ballistic jak zaczęli zrzucać tynk rękawem. Wymusił na nich w przeciągu paru dni usunięcie rękawa, więc biedni właściciele i robotnicy musieli zainstalować chałupniczą windę. Tzn małą paletę zaczepioną liną o balkon – na który, jak wynika z informacji przysłanej przez zarząd, nie można wychodzić bo grozi zawaleniem.

Ale czy to jest jakiś problem? Nie tylko wychodzili tam robotnicy ale sukcesywnie przez parę tygodni ładowali na paleciątko gruz, rzeczy, cegły i zwozili je paletą z 2 piętra na ziemię i pakowali w worki.

Nie zadowoliło to jednak Tomasza. Pewnego dnia się po prostu wkurwił – i w jeden z dni największej warszawskiej suszy – podłączył gdzieś szlaucha i zalał worki oraz orginalne drewniane drzwi z lat 20. wodą. Oczywiście pod pretekstem mycia swojego ukochanego minivana, od niego zaczął, a potem sukcesywnie oblewał wodą całą ścianę kamienicy po swojej stronie, WŁĄCZAJĄC W TO OKNA LUDZI Z PARTERU, no i oczywiście worki oraz okna do piwnic. Lał wodę ponad godzinę. Podczas suszy. Mył również samochód w mieście więc cały brud spływał prosto na studnię. Studnię należało więc również namiętnie wypłukać, co robił następnego dnia przez kolejne 60 minut z zegarkiem w ręku. Byłam na granicy dzwonienia po policję, ale stwierdziłam że nie będę taka – czyli znów musiałam zrepresjonować mój ubecki instynkt, który przecież ostatnim razem się nie mylił – no ale nikt przecież by tak nie zrobił.

Jak się okazuje, nikt by tak nie robił ale Tomasz to nie jest nikt. Ale o tym później. Z powodu worków odbyła się w międzyczasie niejedna awantura – przyszli właściciele zalanych worków i niezalanego mieszkania (prawdopodnie tylko dlatego że było na drugim piętrze). Awantura, category is: dlaczego te worki stoją TUŻ POD OKNEM TOMASZA (narrator z offu: nie stały)?

Tomasz ma taki system pracy że najpierw drze mordę z okna przy samochodzie a potem wybiega z mieszkania w papciach dalej wiszcząc w niebogłosy. Jest to kamienica – więc wszyscy wszystko słyszą. Jego problem polegał na tym że worki stały i śmieciły (może jakby pozwolił im postawić kontener to by ich już nie było). On się tyle musiał nachodzić i naprosić żeby zniknęly, tak bardzo się starał, a tu nic. Nikt z tym nie chce zrobić, ale teraz, dzięki niemu, ma nadzieję że w końcu będzie porządek. Następnego dnia właściciele i robotnicy zaczęli tachać wory żeby załadować je na kontener. Tomasz po raz kolejny wyleciał w papciach i zrobił aferę: pył z przenoszonych worów brudzi jego samochód!!! A jak auto brudne no to co – kolejny dzień lania wody przez godzinę po całej kamienicy.

Kolejnego dnia sąsiadka nad nim po skosie myła balkon i za bardzo chlusnęła wodą. Tomasz prawie nie wyskoczył z papci. Ta woda przecież brudzi jego samochód!!!! Najpierw rzucał na nią kurwami z okna, aż wyleciał na dziedziniec i opieprzył ją za to że kropla wody jest na aucie (narrator z offu: nie była bo było to za daleko). Krzyczy w furii, że trzeba było mówić że będzie chlustać wodą to by przestawił minivana. Babka zaczyna się drzeć, że jakby wiedziała że będzie lał przez godzinę wodę wczoraj o 13 to by zamknęła okno do piwnicy, a teraz ma zalaną przez jego prace porządkowe. Odpowiedź Tomasza? „To trzeba było powiedzieć że to dla Pani ważne”.

To jednak nie koniec ciężkiego, iście hiobowego żywota Tomasza. Po tym jak wszystkie worki zniknęły, i wydawało się że w kamienicy znów zapanował spokój, zaczął się remont naprzeciwko. Mr T nie robił awantur (albo nie pamiętam) aż do momentu jak robotnicy nie zaczęli przysypywać gruzu na ciężarówę stojącą 3 metry od jego auta, aby nie śmiecić jak poprzedni właściciele.

Klasycznym sposobem najpierw otworzył okno i zaczął złorzeczyć na robotników, co oni sobie wyobrażają, brudzą jego auto. Robotnicy popatrzyli po sobie i dalej ładowali wory i cegły na pakę. Tomasz jak rakieta wyleciał w kapciuszkach i lada chwila doszłoby do rękoczynów. Musiałam przełożyć calla w pracy bo się nie dało wytłumić wrzasków ani pracować. Tomasz zawzięcie tłumaczy, że samochód się brudzi, robotnicy że niby jak on to inaczej sobie wyobraża. Tomasz nie wie, ale mordę drze dalej. Zdenerwowany niewzruszonymi robotnikami którzy odwalali swoją robotę, Tomasz jak perszing pobiegł do przewodniczącego wspólnoty Bogdana – z którym ewidentnie ma sztamę. Tomasz w towarzystwie Bogdana wylatują więc znów do robotników. Tym razem oboje ciskają gromami, że tak nie można, że jak to, że to niedopuszczalne. Robotnicy na to, że kazali im nie podstawiać kontenera żeby nie pylić więc jakoś muszą to zrobić. Sytuacja eskaluje i już jestem przekonana że Bogan i Tomasz rzucą się na spokojnie tłumaczących swoją pracę robotników. W pewnym momencie pada zdanie – „dzwonimy na policję”.

Myślałam że to czcza groźba dopóki nie przyjechała policja. Dwóch funkcjonariuszy.

Pierwsze co kazali zrobić to założyć wszystkim maseczki. Tomasz niepyszny podreptał do domu, zmenił papcie na buty i założył maseczkę która chyba trochę stłumiła jego bicie piany. Drugą rzeczą którą kazali zrobić to przestawić ciężarówę bo blokowała wjazd do kamienicy trzem samochodom.

Po uporządkowaniu towarzystwa zaczyna się gehenna. Tomasz cały na biało wiedzie policjanta do swojego samochodu i pokazuje mu palcem wszystkie miejsca na których osiadł pył. Miejsca które są brudne przez 20 minut ładowania rzeczy na pakę. Nie ma ich zbyt wiele, więc Tomasz najpierw przejeżdża palcem po masce i tryumfalnie pokazuje palec policji, jak w jakimś Wielkim Legalnyn Teście Białej Rękawiczki. Policjant, po stopniu uniesienia brwi wnioskuję niezbyt przejęty lub próbujący nie zrobić fejspalma, słucha uważnie. Tomasz zaczyna gładzić samochód jak małego kotka, przestaję więc patrzeć bo zaczyna mi być słabo od wstydu z drugiej ręki.

Bogdan w międzyczasie dudni swoim basem że sytuacja jest niedopuszczalna i oznajmia, że dzwoni do właścicieli. Zjawiają się i oni – w sytuacji bierze udział już dziewięć osób: 2 właścicieli, Tomasz i Bogdan, dwóch policjantów i trzech robotników. Wydawało by się wystarczająca ilość osób do rozwiązania tego problemu, ale najwidoczniej nie – policja zadzwoniła po posiłki i zjawiło się kolejnych dwóch funkcjonariuszy. Frekwencja wzrasta do 11 osób.

Tomasz w międzyczasie wpadł w tantrum godne pięciolatka albo rozbestwionego Sebixa z 3b. Znów robi analizę samochodowego brudu, tym razem właścicielce i nowemu policjantowi. Policjant próbuje mediować – pyta Tomasza, czego on by chciał od właścicieli – Tomasz mówi, że on w sumie to nie wie. Włascicielka zaraz wyjdzie z siebie, ale w końcu udało się wszystkich uspokoić. Dwóch policjantów oddala się, Bogdan również, wydaje się że sprawa załatwiona polubownie bo ciężarówka już odjeżdża w siną dal, ale Tomasz węszy okazje do zrobienia poremontowych czystek społecznych i dopada innego policjanta.

Zaczyna mu pokazywać filmiki z tego jak poprzedni remont załatwił sprawę worków. Zdjęcia jak oni ładowali rzeczy na paletę co brudziło jego auto. Jak potem śmiecili workami. Zaczyna pokazywać palcem co i jak. Chodzi po studni jak jakiś Szerlok albo agent CSI, odtwarzając kąty i trajektorie opadu brudu. Skarży się jak to tak, paletą z balkonu! Tuż nad jego oknem! Policjant notuje coś skrzętnie w zeszyciku, podejrzewam że słowa „kill me now”. Wykład trwał 15 minut po czym towarzystwo się rozeszlo – nie wiem z jakim skutkiem dla kogokolwiek. Prawdopobonie żadnym.

Sprawa trwała ponad godzinę. Nie mam telewizji ale po co, skoro wystarczy wyjrzeć przez okno żeby mieć najlepszą rodzimą telenowelę.

I jeżeli zastanawiacie się czy Tomasz umył 3 raz samochód w ciągu dwóch tygodni, to chyba w głębi duszy znacie na to odpowiedź.

Standard
Uncategorized

Wiosna

Ten rok będzie rokiem bez wiosny.

Jeśli nam się poszczęści, będziemy mogli obserwować zmiany na koronach drzew przez brudną szybę, nieumytą jeszcze na Wielkanoc, której też nie będzie. W końcu jakiś sensowny powód, by wyprzeć się święta które celebrowałam na siłę – od dłuższego czasu myślałam o odrodzeniu natury, liści na drzewach, wróbli na krzakach które zakwitną na żółto – a nie odrodzeniu które rokrocznie zbawia świat.

W tym roku nie będzie jednak ani zbawienia, ani odrodzenia. Promień słoneczny który miał pod końca marca rozświetlić mroki zimy wydaje się sztuczną łuną.  Dziwną, fałszywą poświatą bijącą jak od ekranu telewizyjnego włączonego w niedoświetlonym pokoju. Obserwowanie świata przez okno też kąpie połowę mojej twarzy w tej łunie, a rzeczy wydają się odległe i nieprawdziwe, a dźwięki lekko zniekształcone.

Pierzaste chmury na niebie, zamiast szarej smogowej transmisji z lutego, wydają się być domontowane przez zręcznego grafika. Takie uatrakcyjnienie. Przezroczyste powietrze drga lekko, jest już gotowe na zapach kwitnących śliwek i ciętej trawy, już zaraz zacznie przekazywać ptasie piosnki i piski. Jestem jednak po drugiej stronie ekranu, nie dane mi uczestniczyć w pełnej transmisji ze studia live – dla mnie nie ma śliwek, nie ma szpaków biegających parami, żonkili na trawnikach ani wczesnych poranków, kiedy jest już jasno.

Przez małe okno wychodzące na ulicę i targ oglądam brak zmian. Z innego okna wypatruję stóp widocznych za bramą kamienicy. Czasem widzę stopy w ewidentnie niewygodnych obcasach; czasem dwie pary stóp obok siebie, jeszcze w zimowych butach z pozostałością soli na czubkach; czasem jest to wielka reklamówka zakupów prawie ciągnąca się po ziemi przy którejś z nóg. Szybko znikają za popękanym betonem ściany kamienicy. To nie ludzie, to najprawdziwsze stopy, idące w przód dzięki swojej własnej nowo odkrytej sile.

Samych ludzi mi nie brakuje, często cieszy mnie ich nieobecność. Nie brakuje mi wyjść do pracy i ustawienia się dokładnie w tym samym miejscu na peronie metra; nie brakuje mi możliwości wyboru ani alternatyw do spędzania czasu inaczej niż wylegując się na wersalce przy elektronicznej iluminacji. Całkiem dobrze mi w zamknięciu – świadomie powtarzają moje myśli – powinnaś siedzieć w więzieniu lub być Polańskim, rosnąć jak kwietniowa nowalijka w szklarni, gdzie zamknięte drzwi nie pozwalają uciec ciepłu i bezpiecznej duchocie.

Kładę się na podłodze między 13:35 a 15 – wtedy słońce na chwilę wkracza do mieszkania na ściśle wyznaczoną półtoragodzinna wizytę i znika. Udaję że jestem na plaży, mimo że to aktywność letnia, i wygrzewam się jak kot. Czasem czytam książki, mrużąc oczy od zbyt jasnego oświetlenia, ta konkretna jest o nadziei. Pojęcie wydaje mi się równie nierzeczywiste jak (nie)panująca właśnie wiosna. Odczuwam tylko napięcie w karku od niewygodnej pozycji, zamykam książkę i myślę o tym, że ptaki niedługo zaczną zrzucać okopcone i ciężkie zimowe upierzenie.

Wiem zatem, że to już nie zima – nie ma jednak żadnego następnika, w kalendarzu bezkrólewie. Czy już czas przesadzić kwiatki? Wiosny przecież nie ma, nie będzie. Nie istnieje, zabrakło jej w kolektywnych przeżyciach tego roku – tak samo jak mnie i ciebie. Nieświadome – nieprzeżyte – nieistniejące pory roku, spotkania, ludzie.

 

 

Standard
Uncategorized

PTASIA KOSMOLOGIA

TEGO SIĘ NIKT NIE SPODZIEWAŁ

Myśleliście, że po dwóch latach pewnie tu już nic nigdy nie wrzucę, co? Też tak myślałam, ale jak zobaczyłam że ostatni wpis był był w 2018, a ja myślałam że to było całkiem niedawno, to jakoś zrobiło mi się głupio. Jak już zaczęłam to pisać, to zorientowałam się, że zapomniałam jak się pisze, musicie mi więc wybaczyć jakoś tego posta – i kolejnych, dopóki znów się nie rozkręcę.

Mało kto się pewnie też spodziewał, że sensem mojego życia są gołębie. Chyba że śledziliście mnie na jakichkolwiek mediach społecznościowych.

Zanim jednak odpiszę całą moją gołebiową podróż przez życie, trwającą już parę lat, chciałabym dojść do samego jądra sprawy. Wszyscy z was widzieli pewnie gołębia, i jeśli jesteście z Krakowa, pewnie było ich dość dużo. Ale czy tak naprawdę wy, Krakowianie, jak i inni ludzie z normalnych miast, wiecie, czym tak naprawdę są ptaki i jakie jest ich głębszy, prawdziwy sens?

Oczywiście, możecie zawierzyć wiarygodnym źródłom wiedzy takim jak wikipedia, i odpowiedzieć na to pytanie niczym uczestnik teleturnieju “Jeden z dziesięciu”, na jednym wdechu: gromada stałocieplnych zwierząt z podtypu kręgowców, jednak niechybnie, podobnie jak w “Jednym z dziesięciu”, niczym trąba jerychońska rozbrzmi smutny dźwięk puuuub.

No bo pomyślcie – jak takie wspaniałe kreatury mogyłby by być opisane tak nudnym i naukowym językiem? Czy patrzyliście kiedyś ptakom w oczy, tak naprawdę głęboko? Pierwszymi słowami każdego ptoszka skierowanymi do przedstawiciela gatunku ludzkiego powinno być biblijne “nie lękajcie się!”, ponieważ są one równie przerażające i tajemnicze (ale zarazem słodkie) jak anielska postać: albo podobna do topazu, albo płonąca jak serafin – i zawsze ze skrzydłami.

Po internecie krążą rożne teorie i od razu sprostujmy jedną z nich:

birds2

 

FAŁSZ. FAKE NEWS. Ptaki są prawdziwe – ale w takim razie czym tak naprawdę są? jakie są ich cechy widoczne gołym okiem, a jakie są ich prawdziwe moce? Po pierwsze:

88134717_210295623669415_3221871151613476864_n

Prawda czy fałsz? PRAWDA, czy widzieliście kiedyś gołębia z zegarkiem, albo gołębia który nie potępiałby waszego ciągłego spieszenia się, bo znów nie mogliście się zwlec z łóżka rano? Ptaki nigdy nie zasypiają, i rzadko się same z siebie spieszą, bo kontrolują czas. To oczywista konkluzja. Jeśli macie deja vu, to tak naprawdę jakiś ptoszek postanowił zabawić się waszym kosztem.

88123669_2869817366398533_2204407362129756160_n

PRAWDA CZY FAŁSZ? Prawda. Jak myślicie, dlaczego jest tyle ptaków na ulicach, i w ogóle na świecie? Ptak jest szpiegiem doskonałym. Nie zauważacie szarego gołąbka bądź kawki grzebiącej w śmieciach, ale one was widzą. Codziennie. Znają waszą drogę do pracy. Wiedzą, kiedy jesteście w domu. Myślicie że tylko wy słyszycie wrony kraczące przez wentylację w łazience? Nie. One słyszą was.

brids

sprostowanie: Birds Are Real. I am a birbliber

Myślicie pewnie, ale po co ptakom te informacje? Jasne, wszyscy wiedzą że w Krakowie służby bezpieczeństwa potrzebują stu tysięcy par oczu więcej, a jak inaczej załatwić masową inwigilację jeśli nie przez stado współpracujących gołębi, trzeba przeciwdziałać tej całej patologii, ale żeby tak na całym świecie? Czy każdy miejscowy samorząd wykorzystuje ptaki do swych bardziej lub mniej niecnych celów?

I tu docieramy do jednego z celów ptaków, takich głęboko ukrytych, sekretnych i ściśle tajnych. Mówię wam to w absolutnym sekrecie, ale ptaki mają swój wyższy cel – jest to oczywiście, podobnie jak w przypadku reptilianów – którzy dla odmiany naprawdę nie istnieją – rządzenia nad światem.

 

87029763_2515175678747414_5689702872485199872_n

FAKT, FEEL THE BERN 2020, WELCOME OUR BIRD OVERLORDS

 

Zastanawiacie się pewnie, skąd ja to wszystko wiem. Otóż, tak jak wspomniałam na początku, moja gołębiowa podróż trwa już parę lat i zaprzyjaźniłam się, a nawet pokochałam parę tych śmiesznych (i strasznych) istot. A jeśli poświęcicie wystarczająco dużo czasu na poznanie jakiegoś gołąbka, może wam on wyjawić naprawdę najgłębsze sekrety swojego jestestwa.

I dlatego, drodzy czytelnicy, jest tutaj ten przydługawy wstęp. Nie mogłam wyskoczyć z najgorętszym tematem tak na sam początek, ale… Mam do przekazania wspaniałą, międzygatunkową opowieść ustną (dziobową?), wygruchaną przez moją ukochaną gołębicę Cecylię ponad rok temu.

Cecylia zdradziła mi ptasi mit stworzenia. Prawdziwą, opartą na faktach historię, jak powstał nasz świat i wszystkie ptoszki. Nie mówcie że to niemożliwe – tak było. Gołębie są o wiele mądrzejsze niż myślicie (i teraz też was obserwują). Jest to prawdziwa Arka Przymierza ptasiego – lecz może też naszego? – gatunku, dlatego rozsiądźcie się, zapomnijcie o Zeusie i Jahwe, albowiem zaraz zostanie wam objawiona najprawdziwsza prawda. Nie lękajcie się.

 

PTASIA KOSMOLOGIA

 

Na początku był tylko chaos. Na początku była tylko otchłań. Otchłań rządziła chaosem, a chaos istniał w otchłani, a wszechogarniająca pustka w niej była podła, ciemna i nie do pojęcia.

Ale w pustce istniało też coś innego. Był to potężny ptak, zanim ptaki w ogóle zostały wymyślone. Wielki Pelikan, pierwsza tego imienia i gatunku. Istniała na obrzeżach chaosu i pustki, w całkowitej ciemności, i również była podła i złośliwa, albowiem nigdy nie zaznała niczego innego. Skąd wzięła się pomiędzy dwoma bezgranicznymi i przerażającymi siłami? Tego nie wiedziała. Odsuwała od siebie myśli o swoim pochodzeniu, bo bolała ją od nich głowa – a ona sama nie miała według niej sensu. Nie powinna istnieć. A jednak istniała.

Pewnego razu – nie wiadomo dokładnie kiedy, ponieważ czas również nie był jeszcze wymyślony, kiedy Wielki Pelikan szybowała przez otchłań, poczuła okrutny ból, silniejszy i o wiele gorszy niż ten którego doświadczała na co dzień. Jej brzuchem wezbrały skurcze, jej kloaka pulsowała czystym cierpieniem. Był to najgorszy ból jakiego doświadczyła w całym swym nieskończonym życiu. Położyła się, czekając tylko na chwilę gdy chaos wessie ją do otchłani. Czuła jak życie ulatuje z jej olbrzymiego dzioba. W tym momencie była gotowa na śmierć – cokolwiek to słowo miałoby znaczyć.

Ale jednak – śmierć nie nadeszła! Wśród bólu i rozpaczy, zostało złożone jajo. Wielki Pelikan nie podejrzewała że jest zdolna do takich rzeczy, a mimo tego – jajo powstało. Dzieło jej ptasich lędźwi, okrągłe i lśniące. Na początku nienawidziła jajka z głębi serca i chciała je zniszczyć, zabrało jej tyle sił, a prawie zabrało także jej życie! Wkrótce poczuła też pragnienie, pragnienie którego nie zaznano wcześniej w tej ponurej krainie. Poczuła, że w jakiś pokrętny sposób zależy jej na tym dziwnym okrągłym tworze. Usiadła więc na nim, ogrzewając je swoim ciepłem, tym samym, które niedawno prawie zostało z niej wyssane.

Siedziała i siedziała, nikt tak naprawdę nie wie jak długo. Czas ani nie istniał, ani nikt nie mógł odliczać jego upływu, ponieważ obok Wielkiego Pelikana nie było nikogo. W pewnym momencie Wielki Pelikan poczuła pod sobą słabe uderzenie dochodzące zza twardej skorupki jajka. I kolejne, i kolejne! To był już najwyższy czas, stwierdziła, ostrożnie wstając na nogi. Skorupka pękła natychmiast, a otchłań eksplodowała kolorami, kształtami, fakturami i zapachami. Chaos został stopniowo wypchnięty przez porządek, przez czas i przestrzeń. Wielki Pelikan ujrzała jak śmieszne małe kulki zbijają się w większe skupiska, ujrzała jak powstaje cząsteczka wody i pomyślała, że będzie to idealny kompan jej płetwiastych stóp. Obserwowała, jak jaszczurkom powoli wyrastają pióra a potem zauważyła…

Pelikany, zupełnie takie jak ona! Nie były tak Wielkie i potężne jak ona sama, ale istniały! Pierwszy raz w swym niekończącym się życiu Wielki Pelikan miała poczucie przynależności, teraz należała do świata który sama stworzyła, ten świat był jej, a ona jego.

Świat okazał się być jednak tak wredny i podły; i chociaż porządek wyparł chaos, nie wygrał z nim całkowicie. Ta prymitywna siła wciąż czyhała w niemal wszystkich zakątkach nowego świata, przykryta, schowana, udająca że jest czymś innym. Ale Wielki Pelikan wiedziała, że jeśli wykiełkuje w niej choćby najmniejsze uczucie troski, ten świat nie będzie tylko i wyłącznie zły, ale będzie w nim też trochę dobra. Tylko troszkę, może jakieś 3 procent, niewiele, ale zawsze coś.

***

Wielki Pelikan jest tak potężna że nasz świat nie może jej pomieścić. Szybuje więc między pozostałością otchłani i chaosu a światem który zrodziła, przenikając nas i mając cząstkę siebie w każdym ptoszku; dogląda nas i ochrania przez straszną pustką. Kiedy jakiś ptoszek umiera, dołącza do wielkiego Wielkiego Pelikana w Locie Nad Otchłanią pod jej troskliwymi skrzydłami, które mogą pomieścić każdego kto żyje, żył lub będzie żyć w jej świecie. Jeśli ptoszek czuje silnie obecność otchłani, jest to przez jej bliskość do Wielkiego Pelikana. Jeśli jakiś ptoszek jest z kolei chwilowo nikczemy, to przez prawdziwą naturę Wielkiego Pelikana, która czasem ujawnia się w każdym. Nie ma w tym nigdy nic złego – jest to jedna z części naszego świata, który manifestuje się w każdym z nas.

Wielki Pelikan często jednak odwiedza swój świat jako zwykły pelikan, co poniektórzy twierdzą, że ją spotkali. Niektórzy twierdzą nawet iż są wraz z nią współtwórcami innych jajek, lecz nie wiadomo czy to prawda, i czy z nich również wykluły się inne kolorowe i podłe światy.

Wielki Pelikan nie potrzebuje modlitw, ponieważ należy do nas, a wszystkie ptoszki do niej. Nie wymaga żadnego dziękczynienia lub ofiar, ponieważ nigdy nie ingeruje. Nie chce żadnej czci, ponieważ nie rozumie ani swojego istnienia, ani samej siebie. Nie chce uznania, bo wie że jest tylko przypadkowym bytem, podobnie jak otchłań. Jedyną rzeczą którą może zrobić każdy ptoszek, jest od czasu do czasu pomyśleć o Wielkim Pelikanie, groźnej ptasiej bogini, i zagruchać bądź zaskrzeczeć, tak aby wywołać uśmiech na jej Wielkim Dziobie podczas Lotu Nad Otchłanią.

pelcian

OUR SMILING GOD

 

 

 

 

Standard
Uncategorized

NEU SANDEZ

Trudno jest mi wrócić do regularnego pisania, bo nie byłam w tym roku w żadnych Meksykach ani Szwecjach, w czasie zagranicznych włajaży chyba nic ciekawego się nie wydarzyło, więc trudno mi było wymyśleć co takiego mogłoby zainteresować innych ludzi. Może ta egzotyka jest bliżej niż myślę? Jakie jest dziwne miejsce, w którym bywam, albo w którym dzieje się co dziwnego?

I jak grom z jasnego dostałam olśnienia, może przez to że opary zawiązującego się smogowego centrum Europy zaczęły oddziaływać na wydolność mojego mózgu. Byłam akurat w Nowym Sączu i przechodziłam pod reklamą La Rocca, trójpoziomowej twierdzy rozrywki.

IMG_20170923_151714592

Stylowe miasto, stylowa ja

Dla Podlaskiej Dziewczyny™ takiej jak ja, pierwsza wizyta w Nowym Sączu była… źródłem wrażeń i niezapomnianej rozrywki. Zanim zawitałam do Sącza, tak średnio wiedziałam gdzie on dokładnie jest na mapie, i moja wiedza o mieście ograniczała się do “jakaś dziura na południu, blisko Rogasia”. Teraz mogę wam powiedzieć że przezwyciężyłam te krzywdzące stereotypy i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że Nowy Sącz jest wielowymiarowym zlepkiem wielu mas – trochę jak potworniak, taki guz złożony z włosów i zębów (nie wchodźcie w google images, albo w ogóle nie googlujcie, bo zrobi wam się niedobrze. Mówię o potworniaku, nie Sączu).

Żeby jakoś sensownie zaczepić się za ten temat zacznę od samego wjazdu do Nowego Sącza. Aby dostać się tam z Warszawy, trzeba odbyć podróż godną Dantego przez siedem krąg piekieł, jedna godzina na każdy krąg. Mniej problematyczną częścią jest przejazd pociągiem do Krakowa, schody (i ciarki) zaczynają się, kiedy trzeba przesiąść się na autobus o wdzięcznej nazwie SZWAGROPOL (lub Voyager). Najpierw trzeba się do autobusu jakoś dostać – w godzinach szczytu może być ciężko i człowiek staje przed trudnym dylematem, czy wsiadać i stać 2,5 godziny, czy jednak czekać na kolejny bus z nadzieją na wepchnięcie się.

Kiedy się usiądzie, nie jest jednak łatwiej, chyba że ma się 140 cm wzrostu. Myśleliście że Ryanair ma mało miejsca na nogi? Wolne żarty, Ryan w porównaniu ze Szwagropolem to klasa VIP+. Siedzenia są zrobione z nawet nie do końca wytartej szarej, skulkowanej tkaniny, która przesiąkła już duchotą na wskroś. Wolałabym nie opierać o to głowy, ale muszę. Okej, siedzimy, cieszę się że znam osobę obok, stopień splotu naszych nóg mógłby przyczynić się albo do oskarżeń o molestowanie, albo do poczęcia nowego życia. Wyjeżdżamy z Krakowa, jest korek i pada, z głośników leci radio Eska, a ja mam chorobę lokomocyjną i JUŻ jest mi niedobrze. Wiem, że wybrzydzam jak piesek francuski, ale żadna ilość narzekania i kręcenia nosem nie odda jak BARDZO, ale to BARDZO nienawidzę Szwagropola.

Szwagropol nie ma jednak wpływu na ukształtowanie terenu. Nowy Sącz leży w kotlinie. Pomiędzy są jakieś góry (na mój podlaski rozum, wszystko co wyżej niż 200 m.n.p.m to góra), więc Szwagropol krąży. Objeżdża wszystko co się da po drodze, a ja tylko odliczam: o nie, skończyła się autostrada, to jakieś 1,5h, Brzesko, jeszcze godzina tego koszmaru. Po Brzesku nadchodzi jednak moment krytyczny: sam zjazd do kotliny.

Bardziej rzygogenne są chyba tylko małe hiszpańskie wioski w górzystej południowej części. Kiedy Szwagropol zaczyna zakręcać, prostuję plecy i zaczynam dyszeć jak kobieta w połogu, żeby utrzymać krakowskiego obwarzanka w żołądku – nie jest to jednak dobry pomysł, bo w Szwagropolu śmierdzi. A Szwagropol mknie po serpentynie za serpentyną, wzdłuż i naokoło Jeziora Rożnowskiego (w którym podobno mieszkają sześcionogie żaby), a ja czuję jak wraz z każdym ciężarnym oddechem ulatuje ze mnie wola życia.

To jest oczywiście tylko level NOVICE. Przy ostatniej wizycie Szwagropol się postarał i zaserwował level NIGHTMARE.

withca

Po przekroczeniu drzwi już czuję, że zapaszek jest nieco bardziej wyraźny niż zwykle, że mimo że jestem w busie pół sekundy już wystąpił na mnie pot i gdy usiedliśmy na kochanych szarych siedzeniach potwierdziła się moja obawa – grzeją. Na maksa. Za zaparowanym oknem Szwagra 16 stopni. Tuż przy oknie jest grzejnik, rozgrzany tak, że nie można trzymać tam nogi. Klima nie działa. Powietrza nie ma – jest stęchlizna i dżuma. Nie no, myślę, tutaj tej serpentyny i Brzeska to ja nie przetrwam, wyzionę ducha – przesiadłam się na siedzenie z brzegu tuż obok. Z deszczu pod rynnę. Po 15 minutach poczułam swojski zapaszek kiełbasy, który prześladuje mnie w podróży. Dajcie znać w komentarzach, jeżeli kiełbasa na polskich dróżkach też jest waszą zmorą. Gość przede mną coś je, pewnie kanapkę, zaraz pewnie wyciągnie jajko na twardo, ale nie, wyciąga Harnasia. Czasem przez przerwę w oparciach widzę jego nos, cały w czarnych wągrach. Ponieważ chyba cierpię na compulsive skin picking, doprowadza mnie to do szewskiej pasji, no ale cóż, wjeżdżamy na serpentynę, więc wylatuje mi to z głowy. Do nosa wlatuje mi jednak pomieszany zapaszek piwska z kiełbasą, który powoli acz skutecznie przechodzi w zmysłowy zapach beków pana z wągrami. Body: lekkie aczkolwiek piwne, akcenty kiełbasy jednak mocno zaznaczone. I może tu zakończę część dedykowaną Szwagropolowi. Reszta będzie milczeniem osób, które miały przyjemność nim podróżować.

Kiedy już dojedziesz do Nowego Sącza (i przeżyjesz), po wyjściu ze Szwagra otula cię kolejny zapach. Zwłaszcza jeśli jest to sezon grzewczy. Wszyscy śmieją się z Krakowa, ale jeśli chcecie przeżyć prawdziwą inhalację smogową, Sącz też jest dobrym miejscem. Widzicie, porównanie do nowotworu wcale nie było takie nietrafione! Jako że Sącz jest w kotlinie, to what happens in Sącz stays in Sącz – dość dosłownie. Z Sącza nie wywiewa pyłów, bo w Sączu nie ma wiatru, bo leży w dziurze (aha, czyli jednak moja pierwotna teza też miała w sobie ziarnko prawdy!). Karol powiedział, że bardzo się zdziwił kiedy w Warszawie odczuł podmuchy wiatru na I roku studiów. To może też wyjaśnia, dlaczego zawsze w Białymstoku go przewiewa i jest chory. Problemem też jest to, że w Nowym Sączu ludzie WIEDZĄ LEPIEJ czym można palić, a czym nie. Na przykład oponą albo szmatą. Nowy Sącz w grudniu wygląda jak Londyn w 52 – w powietrzu wisi szara plazma, z każdego komina ulatnia się czarny dym, a kiedy myjesz twarz wacikiem, ma on równie czarny kolor.

czarny dym

HABEMUS CANCRUM

Trochę się zestresowałam, bo z tej całej pisaniny wynika, że ja Sącza nie lubię – a to nie jest chyba prawdą. To może teraz jakiś pozytyw. Wiedzieliście, że Nowy Sącz jest MIASTEM MILIONERÓW i ma najwięcej milionerów per capita w całej Polsce? Wow, wspaniale, Sącz! Wiedzieliście, że MAJKA JEŻOWSKA i KRYSTYNA CZUBÓWNA są z Nowego Sącza? I KORAL? Ten od zawsze jest pora na lody Koral?  W Sączu ma swoją fabrykę tuż pod centrum, z wielkim, obracającym się napisem KORAL oraz swój wielki, wypasiony dom, którego strzegą dwa ogromne złote lwy. Nie żartuję.

Image result for dom korala nowy sącz

Dom Korala jest trakowany jako atrakcja, bo kiedy pierwszy raz obok niego przejeżdzaliśmy, tato Karola specjalnie zwolnił, żebym mogła je zobaczyć. Dom jest jednak bardzo dobrze chroniony, a fotos powyżej jest chyba jedyną oficjalną sesją zdjęciową posesji. Koral pozwolił na sesyjkę wyłącznie dlatego, że umożliwiało mu to pochwalenie się drogimi samochodami.

Jednak poza historią i miejscami, Nowy Sącz dla mnie to w dużej mierze rodzina Karola, którą uwielbiam (to nie jest podlizywanie, bynajmniej!). Wszyscy znający ją wiedzą, że nie przesadzę, jeśli powiem że pierwsze skrzypce gra mama, i nikt też nie zaprzeczy, jeśli powiem, że jest osobą bardzo nietuzinkową. Ale może od początku.

Pierwsza wycieczka do Sącza. Ledwo żywa wypadam z autobusu, jestem zdenerwowana, bo pierwszy raz poznaję teściów (świekrów). Wiem, że czeka mnie jakiś event, ale nie spodziewałam się, że tak szybko. Weszłam do domu, przywitałam się i już praktycznie musiałam wychodzić, bo mama Karola zabierała mnie na BABSKI COMBER.

Jeśli jesteście z północnej Polski, jak ja, to pewnie też zachodzicie w głowę, czym jest babski comber. Jak sama nazwa wskazuje, babski comber jest babski, więc tuż po przyjeździe Karol został sam, kiedy ja, Anusia (teściowa) i później jego siostra pojechałyśmy na comber, czyli tak naprawdę popijawę  przyjęcie kobiet bez mężów w Tłusty Czwartek. Później doczytałam na Wikipedii, że to zwyczaj krakowski: przeklejam, bo opis wart jest conajmniej jednego pączka.

“Pociesznie przebrane i podchmielone kobiety już o świcie wkraczały do miasta, wywołując popłoch wśród w mieszkających w mieście mężczyzn. Na czele pochodu niosły wielką słomianą kukłę, wyobrażającą mężczyznę, zwaną combrem (podczas zabawy rzucały się na kukłę rozszarpując ją). Po dotarciu do rynku kobiety rozbiegały się i ścigały mężczyzn. Dworzanie i urzędnicy zatrzymywani w pojazdach musieli się wykupywać datkiem. Od urodziwych żądały buziaka. Mniej zamożnych i nieurodziwych kawalerów kobiety wiązały powrozami, przewracały na ziemię i przykuwały do wielkiego kloca drewna. Czochrały również za włosy wołając przy tym: comber, comber!. Po kilku godzinach łowów i męczenia kawalerów rozpoczynała się radosna zabawa. Tańce i pijatyki niewiast, które “polowały” na mężczyzn trwały często aż do Środy Popielcowej.”

#MANIFA2018 AMIRITE LEWAKI

Ku mojemu zawodowi, nasz comber tak nie wyglądał, nie było spłoszonych mężczyzn, rozszarpywania kukły, przykuwania nikogo do kloca drewna ani polowania na kawalerów. Za to praktycznie od razu jak zasiadłyśmy za stołem Anusia (czyli mama) podsunęła mi pod nos sporawy kielon Metaxy. Na rozluźnienie.

Cóż, rozluźnienie było mile widziane, bo średnia wieku wynosiła (licząc mnie) 60 lat, wszyscy śpiewali harcerskie/sądeckie piosenki, a ja od razu zostałam przedstawiona jako synowa. Na jednej Metaxie się nie skończyło. Przy trzeciej zza kulis wszedł Romeczek z kolegami.

Jednym ze źródeł dochodów Romeczka, poza murowaniem, jest śpiewanie góralskich i lachowskich piosenek w tradycyjnym stroju. Wygląda trochę jak Jerzy Kryszak, tylko mniej trashy. Jeśli jest impreza, to będzie też Romeczek, będzie improwizowana piosenka, trochę na miarę Chinga a su madre (“widzę tutaj sobie, że się Zuzia nudzi, spójrzno na Karola, może da ci buzi!”, ku uciesze całej imprezy). Romeczek przy naszym pierwszym spotkaniu w piosenkę wplótł nieświadomie pocisk po Białymstoku, więc ma ze mną na pieńku.

Kiedy mama Karola i inne 60-latki szalały do przebojów Podegrodzia, Kinga i ja trochę cierpiałyśmy, więc zostałam zabrana na inny babski comber, taki bardziej współczesny. Miał się obyć w Bohemie, czyli takim “klubie” w centrum. Zachodzimy tam na zaproszenie Agaty. Agaty nie ma, za to są plakaty reklamujące BARDZO BABSKI COMBER Z CHIPPENDALESAMI! Muzyka z Magic Mike’a dochodzi naszych uszu, cierpliwie czekamy, truchlejąc na myśl o tym, że Agata może faktycznie jest na tyle szalona, że na mój pierwszy dzień w Sączu zabookowała nam miejsca w pierwszym rzędzie na striptiz. Okazało się, że nie, ale skończyło się to piciem piwa z szotami wiśniówki.

Od tamtej wizyty 3 lata temu, nie było ANI JEDNEGO RAZU kiedy przyjechałabym do Sącza i cały mój weekend nie byłby już zaplanowany. Nie trzeba nawet prosić, zawsze zapewniona jest mi animacja, mimo że po Szwagropolu chcę tylko umierać. Te najbardziej zapadające w pamięć eventy to w skrócie:

  • kulig następnego dnia po babskim combrze, gdzie mama Karola o 9 rano częstowała mnie samogonem z plastikowej butelki, kiedy głaskałam konia-gwiazdę  Ogniem i mieczem,
  • Impreza lachowska, na której grali Podegrodzcy Chłopcy, te same hity co zazwyczaj gra Romeczek ewentualnie hity ze swojej nowej płyty, którą rodzice Karola mają, a wodzirej stwierdził, że Białystok jest blisko Lublina,
  • liczne imprezy z Niemcami, gdzie również gra coś w stylu Podegrodzkich chłopców  i Romeczka, na 7 osób są sznycle sztuk 100 z pobliskiego baru “Apollo”, a mama Karola przedstawia mnie Niemcom jako Freudin Karola,
  • impreza w remizie, gdzie oczywiście był Romeczek ale też ludzie ze Śląska,
  • wycieczka do barci w grudniu, przy wielkim wietrze i deszczu, gdzie barć była zamknięta, deszcz padał równolegle do ziemi, a komentarz Anusi był tylko po niemiecku,
  • oraz event na cmentarzu przy halnym takim, ze nie dało się prosto stać i nawet ksiądz chciał skończyć wcześniej,
  • byłam na Zamku w Grybowie i nie jest to zabytkowy zamek – znajomy rodziców Karola stwierdził, że zbuduje sobie zamek – i zbudował. Teraz w nim mieszka, a rodzice Karola planują tam nasz ślub (nie martwcie się, jest nawet idealny podest na grajków, ażeby zagrali Rains of Castamere ;))

Mama Karola na te wszystkie różne uroczystości przywdziewa lachowską kiecę (nie mam zdjęcia prawdziwej kiecy, więc macie wersję light):

IMG_20180127_205411152

i słucha radia z przebojami muzyki ludowej. Słucha go tak zacięcie, że żeby było mi miło, wywindowała swoimi głosami podlaski zespół z grupy do odpadnięcia z listy przebojów na 5 miejsce.

Wiem, że to może nie składa się na obraz ekscentrycznej osoby, ale nie odchodźcie jeszcze! Jest więcej.

Anusia jest moją idolką pod tym względem, że nie uznaje instytucji spodni. Wydaje mi się, że nie ma ani jednej pary i zawszę widzę ją tylko w spódnicy przed kolano lub w sukience. Nawet jeśli właśnie wchodzimy na górę w Beskidzie Sądeckim przy 0 stopniach i śniegu. Nawet jeśli są to zajęcia pilatesu na siłowni, albo zjeżdża na nartach po trasie górskiej. Mama Karola bardzo rzadko akceptuje buty na płaskim obcasie, więc wszystkie szlaki również przemierzane są w pantofelkach z małym i szerokim obcasem.

Szlaki są, swoją drogą, specjalnością Anusi. Jest ona prawdziwą kobietą lasu i mam czasami wrażenie, że górzyste tereny południa zna lepiej niż własną kieszeń w spódnicy. Ta wiedza dotyczy również ścieżek i szlaków, które były kiedyś w różnych miejscach 30 lat temu. Szczególnie w pamięć zapadła mi anegdotka opowiedziana podczas wspinaczki (po szlaku): kiedy siostra Karola była mała, mama Karola zabrała przyjezdnych Niemców na wycieczkę po górach. Niestety, zamknięto najbardziej widowiskową trasę – lecz to nie było problemem! Anusia, wraz z małą Kingą w plecaku, poprowadziła Niemców wzdłuż zarośniętych turni, tak, że wszystkich gałęzie smagały po twarzy. Łącznie z dzieckiem w plecaku, które “na szczęście nie wypadło”.

Historii jest wiele, ale więcej nie pamiętam i proszę Was, czytelnicy, o wybaczenie. Karol ma oczywiście więcej członków rodziny, którzy może nie są aż tak anegdotyczni, a jeśli są, to prawdopodobnie to przeczytają, więc wolę siedzieć cicho. Jak już mówiłam, what happens in Nowy Sącz, stays in Nowy Sącz.

Jest również wiele innych historii, które pamiętam, ale o których nie chce pisać, np. o tym jak rozwalono jedyny zamek w Sączu, o Klusce który hoduje owce, o wege menu którego można tam uświadczyć (np. kiedy na weekend teść kupi ci 3 główki sałaty i 2 paczki rukoli), ale to może następnym razem (lub nigdy, znając moje lenistwo).

Standard
Uncategorized

Mgr Gil

Słowa “magister Gil” zawsze wydawały mi się bardzo ważne. Jak byłam mała, wszystkie panie w pracy zwracały się do mojej mamy właśnie tak – bo była bardzo mądra i umiała miksować krew tak, żeby można ją było dać każdemu! Bycie magister Gil było wtedy czymś niemal nieosiągalnym, odległym szczytem, czymś bardzo, ale to bardzo dorosłym.

I co? Ani nie jestem mądra, ani nie umiem miksować krwi, ani tym bardziej nie czuję się bardzo, ale to bardzo dorosła, a jestem magister Gil. Napisałam swoje opus magnum w wielkich bólach i okupiłam taką ilością (metaforycznej) krwi, że magister Gil senior mogłaby mi ją (metaforycznie) przetaczać workami. Chyba nie jestem zbyt dobra w pisaniu prac naukowych. Ale za to jestem wspaniała w epatowaniu cierpieniem i pisaniu o tym, jak to zostałam skrzywdzona przez zwykłe życie, toteż poczyniam niniejszą notkę.(Tak naprawdę “pisać więcej” to moje postanowienie noworoczne).

 

Przechwytywanie

JAK PISAŁAM MAGISTERKĘ

Na początku trzeba było wybrać temat. Przez studia licencjackie mam wrażenie że mój mózg oddał z siebie wodę i się obkurczył, a wola czegokolwiek ulotniła razem z nią. Zaczęłam studia magisterskie, nawet nie poświęciwszy jednej myśli na temat tematu. Chciałam coś tam pisać o obrazach, może najlepiej o tym jak w malarstwie skandynawskim XIX wieku wyrażano tożsamość narodową, ale temat odpadł w przebiegach.

Na szczęście mój promotor później podsunął mi “Rondo” – niedokończoną powieść Gösty Oswalda. I tak samo, jak wy pytacie teraz “kogo?”, wtedy zapytałam się ja. Teraz usłużnie mogę wam wszystko wyjaśnić, bo pisałam z tego magisterkę, żebyście wy nie musieli. Część edukacyjna, start!

Gösta Oswald był jednym ze szwedzkich modernistów – ale nie byle jakim! To był młodociany geniusz! Debiut chyba w wieku 18 lat i od razu sukces. Najpierw wydał tomik wierszy, a później krótką powieść, obie rzeczy równie zawiłe co samo życie – przy lekturze pot płynie po skroniach ciurkiem, nawet z przypisami. Nigdy też nie zajmowałam się modernizmem. Czy to mi przeszkodziło, bądź czy choć chwilę się nad tym zastanowiłam? OCZYWIŚCIE, że nie, bo przeczytałam dwa pierwsze podrozdziały i stwierdziłam, że czuję każde słowo głęboko w moim serduszku (nawet te, których nie rozumiem). Poza tym wyglądał tak:

251579029_b6515923-4d51-4afb-8c38-161253d8009d

Myślę sobie – ale super, prawie Karol, tylko włosy mu wyprostuję, przyliżę, wybielę, odzieję chłopa w koszulę, i juz prawie mam swojego WŁASNEGO Göstę! To z pewnością przeznaczenie!! Jak pisać, to tylko o ładnych ludziach, kto by chciał pisać o brzydkich pisarzach, takich jak… Andersen? Nikt inny nie przychodzi mi do głowy, pamiętam że jeden ze szwedzkich wieszczy był brzydalem, ale niestety jego imię mi umknęło co niechybnie niedługo czeka wszystkich brzydkich ludzi

janakomunii

Komunia 1936

Niestety biedny Gösta urodził się wtedy, kiedy się urodził (1926) i przeżył, to co przeżył. Podejrzewam, że bycie świadkiem II wojny światowej nie napawa zbytnim optymizmem, a na pewno nie robi tego fakt, że twoja pierwsza miłość się topi, a druga wyjeżdża do US of A. Biedny Gösta, już do końca swojego życia będzie miał obsesję na punkcie straconej miłości oraz śmierci przez utopienie. Co nie znaczy, że cierpiał długo, bo już w ’50, czyli w 24 lata, tyle co mam teraz, kopsnął w kalendarz i sam się utopił, pływając ze swoją nową żoną na olandzkiej plaży. Wiem co myślicie – tragiczne samobójstwo podszyte pewnym pokręconym romantyzmem, ta obsesja nie mogła się inaczej skończyć! Niestety muszę was zawieść, drodzy czytelnicy – utopił się przypadkiem (chyba, że upozorował topienie się u boku swojej nowej laski…. dark). Też się zawiodłam. Jest to jednak niezaprzeczalnie chichot losu.

Analizie miałam poddać niedokończoną, niekompletną powieść “Rondo”, przerwaną przez owe utopienie się. Nie zaskoczy chyba nikogo, że trzema głównymi motywami jest utrata miłości, topienie się i mizantropia. O procesie umierania jest cały rozdział, słowo “śmierć” (död) w całej niespełna 300-stronnicowej powieści jest użyte 93 razy, a różne jej odmiany kolejne 55, jednym z miejsc akcji jest Hotel Samobójców, gdzie recepcjonista musiał zeutanować dziadka, który niestety nie zabił się zjeżdżając na wózku inwalidzkim z trzeciego piętra. Polecam wziąć positivum, bo dalej jest tylko lepiej.

dod2

Miałam się zajmować ekfrazą, czyli opisem dzieła sztuki, ponieważ Gösta zainspirował się obrazem Boscha. Po urodzeniu części teoretycznej, ochoczo zabrałam się do opisu obrazu Boscha, kupiłam książkę, ściagnęłam prace, wypożyczyłam więcej książek, pisu pisu pisu, jak Bosch, to tylko Ogród Rozkoszy Ziemskich! Prawe skrzydło napawa optymizmem:

lchill

Wypłodziłam 11 stron, i stwierdziłam że poczytam sobie jeszcze trochę komentarzy do tekstu, żeby wiedzieć, na co ewentualnie zwrócić uwagę. Czytam, aż tu nagle, niczym uderzenie obucha dociera do mnie zdanie zaczynające się od “inspiracja tryptykiem >>Wóz z Sianem<<“.

Wóz z Sianem

Wóz z Sianem

Wóz z Sianem

text

Nej nej nie, myślę, wciąż w fazie zaprzeczenia, to Hövagnstriptyken to na pewno jakaś szwedzka ksywa Lustarnas trädgård, czyli dobrego obrazu, tego o którym właśnie napisałam 11 stron. Google idą w ruch, niestety google zwraca tylko inny obraz, googluję Bosch i hay razem, czy na pewno ten obraz istnieje, i tak, istnieje, i data namalowania zgadza się z tą podaną w przypisach do Ronda. 

Na początku krew chyba odpłynęła mi z każdej części ciała, żeby ją ponownie zalać trzy sekundy później – czułam się jak kreskówkowa postać, którą stopniowo czerwienieje kompletnie od dołu do góry, a potem z kolei zamienia się w blok lodu. A potem czułam się tak:

garfa

Tylko że moje serce miało istne techno party z BMP 260. No ale cóż było robić! Poza użalaniem i biadoleniem przez kolejny tydzień. Ewentualnie tłumieniem ataków paniki. Wypłodziłam z siebie kolejne strony, tym razem o dobrym obrazie. Czy jest on chociaż trochę bardziej pozytywny od poprzedniego?

Przechwytywanie

Pozwolę wam odpowiedzieć na to pytanie.

Kiedy ja płodziłam strony o karze za grzechy, śmierci i rozkładzie, Magda pisała z grubsza o tym samym, czyli o pogrzebach w Szwecji i roztrząsała prawdziwie szwedzkie kwestie:

Przechwytywanie

Gdy widzimy się z osobą, z którą ostatnio widzieliśmy się na pogrzebie, to czy dziękujemy sobie za ostatnie spotkanie, albo za stypę? (tak, Szwedzi tak robią)

Przechwytywanie

Klepsydra: BUZIACZKI DLA WSZYSTKICH PRZESYŁA EDITH. I am what I am! Witajcie na moim ostatnim party. Dress code: na różowo z czerwonymi ustami.

Mam wrażenie, że nawet nie w połowie naszego pisania, obie czułyśmy się jak Britney w 2008. Z takim nastrojem zaczęłam analizę. Żeby bardziej się wczuć, włączyłam sobie Schuberta i jego interpretację utworów Schillera, np. Doppelgangera. Nie mówcie, że nie macie ochoty leżeć w śniegu albo się topić i przeżywać Weltschmerzu, kiedy Polgar z przerażeniem wyje, że zauważa mężczyznę stojącego przed domem swojej byłej ukochanej, a księżyc nagle wyjawia mu JEGO WŁASNĄ TWARZ!!!! To było, oczywiście, w ramach wczucia się w Göstę, bo Schubert był również inspiracją do “Ronda”. Do tego soundtracku zabrałam się na lekturę:

Der Mensch muß wieder ruiniert werden! Da aber hienieden alles auf natürlichem Wege geschieht, so stellen ihm die Dämonen ein Bein nach dem andern, bis er zuletzt unterliegt.

Człowieka po raz kolejny należy zruinować! Ale jako że wszystko dzieje się swoim naturalnym biegiem, demon podstawia mu jedną nogę za drugą, aż w końcu ten upada pokonany.

”nu rullar någon ner från soffan och skrattar i sömnen, nu orkar någon inte svälta längre, nu sitter en minister på dass och känner lättnad över att världskriget uppskjutits ännu en dag, nu orkar inte många svälta länge till, (…) nu orkar någon inte vara död längre och skriker, nu har Fan hunnit till nunnorna och ger fan i världen, nu faller någon ner utför ett hustak, nu betraktar en man sin hustrus döda ansikte, (…) nu känner jag någon vrida sej i mardrömmar, (…), nu känner jag smaken av blod på tungan (…)”

Ktoś stacza się z sofy i śmieje się przez sen, ktoś inny nie daje sobie rady z głodem, minister siedzi na wychodku i czuje ulgę, że wojna światowa opóźniła się o kolejny dzień, już tylko niektórzy mogą głodować dużo dłużej, (…) ktoś nie wytrzymuje dalej być martwym i zaczyna krzyczeć, już Diabeł dobiera się do zakonnic i nie obchodzi go w ogóle świat, właśnie ktoś spada z dachu domu, właśnie mąż spogląda na martwą twarz swej żony (…), ktoś zwija się śniąc koszmary, (…) a ja właśnie czuję smak krwi na języku…

”Också hans skugga hade krympt ihop, flaxande följt honom ut ur staden som en trött och hungrig kråka, en förklädd begravningsentreprenör… (…) Var inte ängslig, fågel, (…) innan solen går upp, får du stilla din hunger. (…) Ser du, människan är ett lik”

Również jego cień się skurczył i podążał za nim trzepocząc się jak zmęczona i głodna wrona, przebrany przedstawiciel domu pogrzebowego… (…) Nie martw się, ptaszku, (…) przed wschodem słońca zaspokoisz swój głód. (…) Widzisz, człowiek to takie zwłoki (…)”

”Naturen är död, eller är inte denna stad vittne nog och ett ojämförligt gravmonument, – människan i honom är död”

Natura umarła, czy to miasto nie jest wystarczającym tego świadkiem i nieporównywalną z niczym płytą nagrobną, – w nim człowiek jest martwy.

Czy macie ochotę już się utopić? Bo ja chyba już trochę miałam. Ale wiecie jak to jest, pisanie magisterki to w 7% pisanie, a reszta to prokrastynacja. Szczerze mówiąc, to pamiętam, że moja tendencja do prokrastynacji zaczęła się dopiero w licuem, albo na studiach, bo byłam mega kujonem i robiłam rzeczy zadane na za tydzień w dniu, kiedy był zadane. Poza tym wtedy nie było prokrastynacji. Ale teraz objawiła swoje najbardziej przerażające oblicze.

Na jedne z zajęć zadano nam obowiązkową serialową lekturę. Oglądanie seriali zadanych na zajęcia nie miało już takiego wdzięku jak oglądanie seriali po to, żeby być ludzkim odpadem. Obowiązkowy binge jest koszmarem. Gorzej, jeśli to nie jeden serial, tylko 4, i to do obejrzenia w 2 tygodnie. Wallander never again Oglądaliśmy Broen, Wallandera i Okkupert (ostatnie bardzo polecam, niedawno wyszedł drugi sezon!), a w każdym z nich było albo porwanie, porwanie z zamknięciem w piwnicy, albo wojna, albo wszystko na raz. W ramach prokrastynacji od oglądania obowiązkowych seriali, obejrzałam the OA – gdzie zamykają ludzi w piwnicy (sorry za spoilery).

Po tych paru wzmiankach o zamknięciu w piwnicy, podsycanymi przypadkowymi creepy linkami znalezionymi niechcący w internecie, mój zdestabilizowany topieniem, wozem z sianem i Schubertem mózg stwierdził, że na pewno, ale to na bank mnie ktoś porwie i zamknie w piwnicy. To pewne jak amen w pacierzu. 110% szansy. W ramach dalszej prokrastynacji, ale też pogłębiania paranoi, zaczęłam oglądać filmiki jak uwolnić się z kajdanek z ziplocka, które tylko doprowadziły mnie do wyobrażania sobie, jak to by było, gdyby mnie ktoś porwał, co z kolei doprowadzało mnie do ataku paniki, i wtedy wracałam do Boscha:

2018-01-22_1942

Przez chyba 2 miesiące nie wychodziłam dalej niż do Społem po drugiej stronie ulicy i na uczelnię, gdzie jechałam z Magdą (wiecie, dwie osoby trudniej porwać niż jedną). Na uczelni nie było lepiej – miałam wrażenie, że ktoś zaraz zrobi school shooting, i na niektóre zajęcia nie szłam, bo byłam pewna że to jest TEN dzień. Kiedy szłam do żabki przy ciągu seks szopów na Kinie Femina, miałam duszę na ramieniu – niechybnie była to droga do zostania porwaną do pracy w burdelu. Najgorzej było, kiedy musiałam wyrzucić śmieci, bo poza irracjonalnym lękiem przed watą mam również irracjonalny lęk przed altankami śmieciowymi. Jestem (dalej) pewna, że pewnego dnia ktoś mnie tam zamknie, ale wtedy byłam pewna że ktoś mnie tam UWIĘZI (w tej altance) i będę mieszkała z jakimś niegodziwym człowiekiem na śmietniku i już nigdy stamtąd nie wyjdę. Karol chodził wyrzucać śmieci ze mną.

Kiedy jednak stopniowo zaczęło mi przechodzić, natrafiłam na link z symulacją początku III Wojny Światowej.  Zbiegło się to też z rewelacjami Trumpa. Nie muszę chyba tłumaczyć, że zaczęłam rozpaczliwie sprawdzać, gdzie jest najbliższy bunkier, co robić z napromieniowanymi zwłokami, gdyby skończyły ze mną w tym bunkrze, kiedy szukałam pracy to sprawdzałam odległość z budynku do najbliższego bunkru i ile czasu zajęłoby dojechanie do mojego “domowego” bunkru, plus cały czas śnił mi się alarm atomowy, siedzenie w bunkrze i śmierć w płomieniach ewentualnie w wyniku choroby popromiennej. Myślicie że to powstrzymało mnie przed googlowaniem zdjęć ludzi z Nagasaki? Hah hah hah hah! Teraz się śmieje, ale naprawdę każdy przelatujący samolot był dla mnie równoznaczny z wyrokiem śmierci, od którego dzieliły mnie sekundy. A potem wracałam do Gösty:

“Aran tillkännager att han var född till självmördare, ”var så förtrogen med livet, så begåvad för att leva, men det här faller ur mina händer” (Oswald, 2000:179) och fortsätter: ”Jag känner dödens olika smaker mot tungan, (…); jag vet vid vilken nollpunkt livets svalka övergår i dödens köld” (Oswald, 2000:182). Sedan uttalar han sig om den mänskliga naturen: den är genomdränkt av döden från den allra första början” (Gil, 2017)

Aran przyznaje, że jest urodził się samobójcą: “byłem tak zaznajomiony z życiem, miałem takie zdolności, by żyć, lecz teraz wyślizguje mi się ono przez ręce” i kontynuuje: “Na języku czuję różne smaki śmierci; (…) wiem, w którym momencie chłód życia przechodzi w zimno śmierci”. Później wypowiada się również na temat ludzkiej natury, która jest przesiąknięta śmiercią od samego początku. (Gil, 2017).

Jeśli myślicie, jak biedny Gösta mógł tworzyć takie potwory i nie dostać depresji, to powiem – dostał! I próbował się zabić, ale wyratował go inny szwedzki modernista, Vennberg. Ale jak już ustaliliśmy wcześniej, ostateczna śmierć Gösty w ogóle nie jest podejrzana.

Kiedy skończyłam pisać, wyglądałam tak:

hieronymus-bosch-death

HELLO IT’S ME

Ale to nie był koniec ångestu. Pomijam proces wrzucania pracy w system. Zachodzę na obronę, pewna tego, że to już koniec, już nic złego na tym etapie mnie nie może spotkać, no, może poza upokorzeniem przed moją recenzentką, która chyba jest intelektualnym Pudzianem, no ale co to jest w porównaniu ze śmiercią w płomieniach od bomby!

Pewnym krokiem wchodzę do dziekanatu, mówię: “Przyszłam na obronę”, i wtedy padają znamienne słowa:

Ale jaką obronę? Ja nie wiem nic o żadnej obronie?

Uczucie z odkrycia “Wozu z sianem” powtarza się, najpierw część krwi odpływa mi z ciała ale zarazem moje serce rozpędza się do 300 uderzeń na minutę – wszystko to, kiedy dr P. z uśmieszkiem pyta się o swoją podopieczną i zgłasza jej obronę. Moja twarz staje się niemal tak biała, jak moja dupa i drętwiejącymi wargami pytam się – ale jak to?

Okazało się, że nikt nie zgłosił mojej obrony do dziekanatu. Siedząc w holu, trochę się poddałam, ale trochę jednak trzęsłam, no bo co jak jednak obrona będzie, a ja tu już siedzę pokonana i upadnięta, jak ten człowiek z cytatu Goethego na początku “Ronda”. Mija 20 minut, obrona jednak będzie, ale krew dalej nie powróciła do mojego mózgu i serduszko wciąż puka w rytmie dubstepu. Mam coś podpisać, zgodność danych.

– Mój numer dowodu się nie zgadza, bo mam nowy. – mówię, bo to prawda.

– To proszę napisać numer nowego – odpowiada sympatyczna Pani z Dziekanatu.

Zaglądam do portfela. Przetrząsam go dwa razy. Dowodu nie ma.

– Nie mam dowodu – mówię.

Pani z Dziekanatu mdleje. Ja dostaję wylewu, a ciśnienie tętnicze urywa mi głowę, która toczy się po dziś dzień korytarzami SWPSu.

– Ale mam zdjęcie – bronię się, podtykając PzD zdjęcia obu stron mojego dowodu w mojej ręce.

– Nie no, ja nie mogę, tej obrony nie będzie, proszę mnie nie osłabiać, to trzeba skserować!

– Ale przecież mam zdjęcia, po co ksero?

– Żeby potwierdzić zgodność z oryginałem!

No dobra, rozumiem to, ale jednak naprawdę czuję się, jakby moja głowa zalegała w innym miejscu niż na moim karku. Jednakże wchodzę na obronę.

W sumie nie było źle. Moja recenzentka, której dorobek intelektualny onieśmielił mnie na tyle, że bałam się na nią patrzeć, pyta mnie czy przeczytałam recenzję. Nie przeczytałam, bo nie wiedziałam że ona jest do przeczytania na ASAPIE, czyli Akademickim Systemie Archiwizacji Prac. Czuję, że moja lewa noga zaraz podąży za moją głową i zostanie urwana, tak bardzo mi się trzęsie. No ale moja praca się spodobała! Na chwilę oblewa mnie fala spokoju, po czym pada pytanie:

– Czym jest ekfraza?

 

 

 

 

 

 

 

CZYM JEST EKFRAZA? Czym jest ekfraza. Ekfraza, co to takiego? Czym jest? NIE WIEM, CZYM JEST EKFRAZA, GŁÓWNE POJĘCIE W MOJEJ PRACY. Wiem czym jest za to tabula rasa – jest to mój mózg, tkwiący w mojej głowie, nie mający połączenia z resztą ciała. Nie wiem co powiedziałam, bo już to wyparłam, i może wróci to do mnie w postaci alter ego zafiksowanego na teorii ekfrazy, która nie jest prawdziwa – jest to bynajmniej już nie mój problem.

Koniec końców, dostałam 5 za pracę. Jednak dalej nie doniosłam dowodu do kserokopii, bo odczuwam niebywały niepokój związany z myślą przebywania na SWPSie. Próbowałam już 4 razy, lecz za każdym razem niewidzialna siła – być może ręka boża – trzyma mnie w łóżku, lub sprawia, że sobota jest dniem wolnym od pracy.

W dyplomie i tak mam brzydkie zdjęcie, a jak ustaliliśmy na wstępie, o brzydkich pisarzach nikt nie pamięta.

PS. Jeśli zastanawialiście się dlaczego nie pisałam, to już wiecie – pisałam coś innego, i miałam stan lękowy.

 

 

 

 

 

 

Standard
Uncategorized

Anegdotki z wakacji i emigracji

Właśnie zjarałam w piekarniku moje dyniowe bułeczki, więc muszę jakoś odreagować. Wiedzieliście, że można tak zjarać rodzynki, że będą wyglądały jak małe żuki??

Niestety, większość moich znajomych mieszka na imigracji. Część już wróciła, część nie, ale każdy z nich ma do opowiedzenia jakąś historię, jak już w końcu się spotkamy. I na ogół są to historie z najgłębszych otchłani zagranicznego emigracyjnego piekiełka i dykteryjki o najdziwniejszych ludziach (i ich imionach, żebym mogła postalkować). I muszę zacząć od historii Olka, bo zawsze są moimi ulubionymi – nie wiem czy dlatego, że są opowiedziane w obłędny sposób, czy dlatego że Olek po prostu przyciąga psycholi.

Olek właśnie zaczął magisterkę w Cambridge, ale niestety jest bezdomny, bo jego koledż (TEN PRESTIŻOWY) się na niego wypiął, i powiedział że mimo że miał mu dać miejsce, to mu nie da, no bo wiecie – przypadki chodzą po ludziach, po uczelniach też. Nie ma miejsc, mimo że są na konferencje dla ważnych profesorów, a Olek niestety jeszcze nim nie jest.

Zanim Olek powrócił po przerwie na łono swojej alma mater, pojechał na kurs językowy o Bonn. Byli tam różni ludzie z różnych krajów, ale fart chciał że trafił do grupki z Nigeryjką i Holendrem. Ich zadanie: ustalić czym jest to, co ich troje łączy. Auf dojcz.

Holender i Nigeryjka lubią sport, Olek jednak kręci nosem i mówi: a może wszyscy lubimy czytać?

I TAK TO JEST TO!! Grupa pada sobie w ramiona, słońce zaczyna świecić trochę jaśniej, ptaszki śpiewają, grupa zaczyna wymieniać pisarzy których lubią. Olek mówi KAFKA!!! Euforia. Holender mówi MANN!!! Ochy i achy zachwytu. Nigeryjka mówi HITLER!!!

Yyyyyyyyyyy warten sie bitte

Czy to troll? Czy to żart? Czy to na serio? Czym jest prawda?

cb7

– Szkoda, że napisał tylko jedną. Mądra książka.

TROLL? ŻART? NA SERIO? Walka Olka trwa, stwierdza jednak, że trolluje tak mocno, że wygląda to na 100% poważną opinię.

Bądź nią jest.

Po krótkim czasie Olek został zaproszony do grupy znajomych na fejsbuku i odkrył zupełnie nowy wymiar swojej koleżanki. Akinlawon średnio 4 razy dziennie wstawia cytat z Bilbii, zapewnienie że Bóg ją kocha, zapewnienie że Bóg pokara niewiernych, lub selfie.

Myślicie że to wszystko? TO NIC NIE WIECIE, bo przecież można połączyć jedno z drugim.

Bóg stworzył mnie idealną, PATRZCIE!! + samojebka z dzióbkiem. Trzy razy w tygodniu.

Do tego dochodzą również natchnione opisy o tym, jak Candy Crush uczy życia:

ccandy

Wyjaśnia to też dlaczego ludzie zawracają ludziom dupę w prawdziwym życiu – jakoś muszą żebrać o te quasi candycrushowe życia.

Z drugiej jednak strony, fejs Akinlawon jest ciekawym świadectwem ścierania się dwóch światów, Afryki i Europy.

yaruba

 

Pomijam bycie DAZED – Olek przyznał, że sukienkę faktycznie miala ładną, ale bardziej niż DAZED, byli confused, bo podczas opowiadania o nigeryjskich zwyczajach bardzo często pojawiało się słowo KALABAS. Kalabas się nosi, przekazuje innym, kalabas tu, kalabas tam, Olek nie ma strachu, więc zapytał: WAS IST KALABAS?

Szok. Niedowierzanie. Akinlawon nie do końca dobrze mówiła po niemiecku, więc po pół godzinie odpowiadania na pytania tak-nie, grupa doszła do wniosku że kalabas to rodzaj miski. Niestety, w świadomości Akinlawon grupa dalej nie rozumie, no i wygląda na zagubioną. A przede wszystkim nie wie co to KALABAS.

Szczerze to musiałam się przekopać przez 2 miesiące codziennego sławienia Boga, żeby dokopać się do kalabasu, bo moja pisownia nic nie zwracała, ale oto i on:

kalabs

To jest jakaś roślina! Z której robi się miskę. Teraz już nie będziecie lost.

EDIT: Kinga mówi, że to po polsku tykwa. Naprawdę jestem w szoku: myślałam że tykwa wygląda bardziej… tykwiasto? IDK

marriage

To się dzieje naprawdę

SIN – SATANS IDENTIFICATION NUMBER

 

nylon

Życie nie jak w Madrycie

Oraz moje ulubione

liscie

Nie wiem o co chodzi – może w Nigerii nie mają żadnej sałaty, ani nic zielonego, bo podobno bulwers był straszny, że w kanapce są LIŚCIE. No i że je połknęla. I jeszcze ta kanapka kosztowała 3 euro.

A skoro już jesteśmy na temacie sałaty.

Ania była przez rok w Chinach, i bardzo tam cierpiała, głównie przez jedzenie. Nie miała swojej kuchenki, więc musiała polegać na jedzeniu z ulicy.

Ania mówi, że prawdziwe chińskie jedzenie jest obrzydliwe. Tłuste jak cholera, niedobre, przesmażone, i że polskie chińczyki są lepsze. Wspomniała też, że w Chinach sałatę (i jej 5 odmian) się gotuje i wrzuca do zupy.

salata-maslowa

Ew. Ale może to klucz do zrozumienia Akinlawon. Czymże jest sałata, jeśli nie zwiotczałą kapustą.

No dobra, a teraz od jedzenia przeskoczymy do mojego ulubionego tematu: KUPY. poop

O Chinach krąży mnóstwo dziwnych plotek, takich jak np. (według mojego kolegi z Meksyku) że jedzą ludzkie płody. Dlatego kiedy Karol powiedział mi, że Chińczycy wypróżniają się na ulicy, średnio chciałam w to wierzyć. I zapytałam Ani.

– TAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAK – powiedziała, ku mojemu zdumieniu. I wytumaczyła, że dla facetów jest bardzo mało granic, i moją siusiać i kupczyć w dużej ilości miejsc, ale grupą, której fizjologią rządzi zasada róbta co chceta, są dzieci. Dlatego nie jest dziwne, że mama podsadza dziecko, żeby zrobiło kupę do śmietnika, albo siusiu do popielniczki na lotnisku. Przy łazience. Dzieci też rzadko noszą pieluchy, no bo przecież mogą kucnąć i zrobić. Bo chodzą w majtkach z dziurą.

Pytanie: czy po dzieciach też trzeba sprzątać, jak po psie, czy ludzka kupa w jakiś sposób jest lepsza i bardziej autonomiczna?

No, to już koniec o kupie, ale jeszcze przekażę wam wieść od Ani, że dużo Chińczyków ma jeden długi paznokieć, ten u małego palca, który służy jako wykałaczka, patyczek do ucha, itd.

Kolejną rzeczą, która zaobserwowała Ania jest to, że Chińczycy nie mają zupełnie szacunku dla siebie, więc przy sprincie do metra potrafią kogoś zepchnąć ze schodów, a przed Anię w kolejkę do metra non stop wpychały się stare chińskie babki.

Ania rozwiązała problem mówiąc do nich agresywnie po polsku. Podobno działa jak marzenie. Może dlatego, że polski brzmi trochę jak język Mordoru, a kto by się stawiał pomiotowi Saurona (zwłaszcza jeśli jest od ciebie 30 cm wyższy).

Tutaj muszę zakończyć, bo wciąż czekam na więcej historyjek, ale jeśli któraś spowoduje zerwanie moich boków, to na pewno dam wam znać.

DISCLAIMER: Wiem, że ludzie mają różne kultury i zdania i je szanuję, co jednak nie przeszkadza mi się z nich śmiać. Jeśli myślicie że jestem hejterem, to macie rację, i mówiłam już o tym w pierwszej notce, więc ¯\_(ツ)_/¯

 

Standard
Uncategorized

HASTA LA VISTA BEJBI

Pewnie sobie myślicie, że po tej nagłej przerwie leżę martwa w rowie po porachunkach karteli narkotykowych. A ja po prostu byłam na wakacjach i moczyłam tyłek po obu stronach Atlantyku i nie miałam ochoty/komputera żeby publikować moje wypociny. Już jestem w domu od jakiegoś miesiąca (ale tak naprawdę nie, bo w międzyczasie byłam 2 tygodnie w Hiszpanii).

Od ostatniej meksykańskiej notki w sumie niewiele się zdarzyło, bo praca z dziećmi wszystkich wykończyła i naszą główną rozrywką po pracy było spanie. Dość długo nie poddawałam się temu trendowi, ale jednak siedzenie w zombie hausie, gdzie jesteś jedyną przytomną osobą na 6 jest dość straszne, zwłaszcza jeśli czytasz książkę o klonach, więc po jakimś czasie też zaczęłam ucinać sobie dwugodzinne drzemki, żeby potem zjeść i po kolejnych 2 godzinach pójść spać ponownie.

Ostatni weekend przed moim powrotem czekała nas jednak super przygoda: JEDZIEMY NA PLAŻĘ Z RAFĄ! Czyli ja, Li, Jojo i Pancho zapakowaliśmy się do jego samochodu i pojechaliśmy do Veracruz, do małej jeszcze nie strasznie turystycznej miejscowości Tecolutla,co wg google maps miało zająć około 4 godzin. Zajęło 6, bo Rafa czasem nie ogarniał GPSa i zjazdów z drogi, więc dwa razy musiał się zawracać przez tą samą bramkę i za to płacić, albo jechać “skrótem” który wyglądał jak droga do gospodarstwa wiejskiego mojej prababci na wschodnim podlasiu. Po jakiejś godzinie wszyscy oprócz mnie (no i Rafy, bo prowadził) przełączyli się na tryb zombie i kimali przez kolejne 2 godziny. Mieliśmy więc okazję do ploteczek i wspominek z Skovde, the place to be.

Najsmutniejszym widokiem tej przejażdżki była jednak bramka na autostradzie, gdzie o 22:30 para ludzi pobrała od nas 4 peso za przejazd. Czyli mniej niż złotówkę. JAK UTRZYMUJE SIĘ TA BRAMKA?????? Przecież ktoś tam pracuje?? Trzeba ją było wybudować??? A PŁACI SIĘ 4 PESO???

W połowie drogi zaczęło się robić gorąco, i umiarkowany klimat miasta Meksyk powoli zaczął zamieniać się w obklejającą wilgotność i temperaturę wyższą o jakieś 10 stopni. A rano (“rano”) poszliśmy na plażę.

Plaża meksykańska w Tecolutli wygląda trochę jak ta bałtycka, poza tymże a) na osobę przypada jakieś 40 m2, a nie 0,4; b) jest tam ciepło i woda też jest ciepła; c) kręcą się tam grube biznesy.

Nie byłam dawno nad polskim morzem, ale od kiedy pamiętam, było tak, że raz na 2 godziny przeszedł się pan Mietek z przenośną lodówką i krzyczał w niebogłosy reklamę zimnej wody i lodów. Meksykanie wynieśli to na nowy poziom. Przedstawiam wózeczki.

14339949_10206752674324731_589239072_o

Wózeczki mają też opcję stacjonarną, i często się zatrzymują w jednym miejscu (no bo ile można pchać takie coś załadowane owocami morza?) i wysyłają w teren swojego agenta. Agenci często chodzą z próbką tego, co sprzedają: tacką owoców morza, drineczkiem, ananasem wypełnionym innymi owocami, piną coladą, empanadami, lodami, wodą, piwem, ewentualnie martwą rybą.

14017838_10206532245094138_1405815648_n

14017914_10206532869149739_151508259_n

14341776_10206752674364732_212829_n

No i z jednej strony to jest super: nie umrzesz z głodu na plaży, nie musisz brać ze sobą kanapek z serem które zamienią się w twojej torbie w serowo-glutenową brejęi zamiast tego możesz wlewać w siebie pyszną fresa coladę (po 4 dostałam zniżkę) i jeść świeżutkie ostrygi i sałatki z owoców morza, np. vuelva la vida czyli “wróć życie”, podobno dobra na kaca.

Ale. Ale. Ale. Staje się to trochę irytujące, kiedy wózków jest dużo i jakiś agent przechodzi -tfu, co ja mówię, PODchodzi do ciebie co średnio 30 sekund. Machając swoim produktem i tłumacząc co innego ma w asortymencie. Krewetki? Ostrygi? Kalmary? Ośmiornica? Mamy wszystko,  świeże ryby, z różnymi sosami,  nawet nie ostrymi, sałatki, koktajle, wszystko to powiedziane machając kubeczkiem pełnym owoców morza. Przez pierwsze 4 godziny byłam grzeczna i dziękowałam, ale potem już się poddałam, założyłam słuchawki i zamkęłam oczy. No bo chyba nie ma sensu zachwalania towaru osobie odciętej od świata?

Po paru minutach z mojego transu wyrwał mnie straszny smród. No wali rybą. Otwieram oczy, a nade mną jest martwa ryba, którą trzyma pan wychwalający jej walory, świeżość i niską cenę. Podziękowałam i weszłam do wody, bo wózków-łodzi podwodnych jeszcze nie wymyślili.

Ale apropo kąpieli. Tuż przed skandalem burkini byłam świadkiem jak na meksykańskiej plaży, rodowici Meksykanie i katolicy, nie odkrywali milimetra kwadratowego swojej skóry. Nie żeby mieli do tego specjalne stroje – ludzie paradują po plaży, często w 35 stopniach, w koszulkach, koszulach, jak są szaleni to też w tanktopach, w połączeniu z szortami, ew. długimi jeansami. Kobiety mogą zaszaleć i włożyć długą sukienkę do pół łydki.I wszyscy siedzą w cieniu. Ani jednej osoby na opalającej się na ręczniku.

Ja i Jojo leżymy tymczasem w bikini w słońcu, no bo w Polsce i Kanadzie witaminy D raczej nie nałapiemy przez resztę  roku. Nie dość, że byłyśmy tam jedynymi obcymi, to jeszcze leżałyśmy na widoku, więc SERIO – cała plaża wiedziała że jesteśmy, i gdzie jesteśmy. Zwłaszcza  ludzie na wózkach  od wózków.

Pytam Rafy – czemu oni są w ubraniach? Rafa mówi: nie wiem, może się wstydzą. No i z jednej strony to się nie dziwię, bo są grubi od żarcia chipsów i smażonego mięsa i zapijania ich colą, ale z drugiej strony kogo to obchodzi??? To chyba i tak lepsze niż chodzenie w mokrym półprzezroczystym tshircie, który wygląda ohydnie???? I nie może być wygodny? No ale ok. Ja mam inną teorię: czy to nie jest tak, że oni nie chcą się opalić, bo jak są ciemni, to znaczy że są biedni? Rafa zamyśla się na chwilę i mówi, że to możliwe.

No i w sumie to wszystko co się tam zdarzyło. Plaża nie jest najbardziej ekscytującym miejscem na świecie, a nie mieliśmy czasu na nic więcej, bo byliśmy tam 1,5 dnia. Powrót był koszmarem, bo dobiło do 40 stopni, co doprowadziło mnie do drastycznych kroków modowych:

image010

(chciałam wstawić zdjęcie, ale chyba za dużo poważnych ludzi to czyta żeby pokazywać moją bezstanikową koszulkową konstrukcję, zakrywającą tylko to co potrzebne).

Droga do miasta zaiste była malownicza, wąwozy pochyliły ku sobie oblicza niczym para kochanków,  a my niedługo wylądowaliśmy w korku. Dlatego nasza droga zajęła znowu 6 godzin, a nie 4. Będąc już w Huixquilucan zorientowaliśmy się, że Pancho zostawił w samochodzie okulary, a ja kabel USB. I dlatego padłam ofiarą mojego pierwszego oszustwa-kabel USB za 70 zł.

Jakby co, już się trochę rozwalił.

I w sumie nic ciekawego się więcej nie działo – poza moim pakowaniem, tym że Kolumbijczyk ostatecznie udowodnił że powinien się gotować żywcem w smole w ostatnim kręgu piekieł przez całą wieczność (ale nie będę nic więcej o nim mówić, bo podobno robię się monotematyczna), na lotnisko wiózł mnie jedyny kierowca taksówki który gadał non stop przez godzinę, ja na lotnisku obkupiłam się tequilą którą potem we Franfurcie skanowali mi oddzielnym skanerem do płynów, a kobieta w moim rzędzie wychodziła do kibla po oparciach od siedzeń, przez co obudziła mnie co najmniej 4 razy; i że nigdy się nie radowałam aż tak bardzo na widok europejskiej ziemi jak podczas lądowania w Niemczech. I w życiu moje ślinianki nie cieszyły się tak na wieść, że już długo nie zjedzą niczego zrobionego z kukurydzy.

Pierwszym odwróconym szokiem kulturowym były ceny w Frankfurcie. 10 euro za gumę do żucia, wodę i sok? Kein problem.

Po powrócie pobyłam w Polsce tylko jakieś 5 dni – bo potem rzuciło mnie do Hiszpanii. Ale to już temat na następną notkę (miejmy nadzieję że nie za miesiąc).

 

 

 

Standard
Uncategorized

3 aspekty bycia białasem w Meksyku

Mam problem z pisaniem, bo nie mamy od tygodnia internetu. Nie mam więc jak wrzucać tego co piszę. Historia dlaczego nie mamy internetu jest bardzo zawiła, więc zacznę od początku:

Kiedy mieliśmy jechać do Interlomas, żeby spotkać się z Rafą, przy wejściu na naszą posesję kucał jakiś typ, którego nie znałam. Spojrzałam się na niego, on na mnie, ja się skrzywiłam, on się skrzywił. Później widziałam go z kolegą krążącego dookoła naszego domu. Później la directora nas ostrzegła, żebyśmy na siebie uważali, bo jakieś podejrzane typy które nie są z Magdaleny się szwędają w pobliżu, i kiedy mąż la directory spytał go, czemu kuca przy bramie, typ odpowiedział że „czeka na swoją żonę”. Na początku poinformowano nas, że to pewnie stalkerzy, ale po 2 dniach przyszło olśnienie.

Wiecie co oni robią?

Kradną wifi.

Nie do końca wiemy jak: wiemy jednak że to ONI i używają dwóch aplikacji na telefonie, nie wiemy jakich, ale ONI ich używają. I dlatego kucają przy bramie. Bo kradną wifi swoją aplikacją na telefonie. Nie tylko nam, ale też sąsiadom!! Nie jest to bynajmniej wina operatora – tego samego dla całego sąsiadztwa – to WINA DWÓCH TYPÓW KTÓRZY KRADNĄ NAM WIFI PRZEZ CAŁY DZIEŃ!!!!!!! I na pewno dlatego o 1 w nocy internet wrócił – nasi oprawcy poszli na imprezę. Dzisiaj znowu nie ma wifi, mimo że nie nikt nie kuca przy bramie, bo internet jest już UKRADZIONY. Nie wiem kiedy nastąpił przeskok z tych typów bycia stalkerami do kradzieży internetu TELEFONEM KUCAJĄC PRZY NASZEJ BRAMIE, GDZIE NAWET NIE MA ZASIĘGU, ale nastąpił.

Niech ktoś mi powie że to jest możliwe, bo tę część pisałam zanosząc się maniakalnym śmiechem.

Okej – a teraz back to business!

Temat dzisiejszej notki to

JAK TO JEST BYĆ MNĄ/BIAŁASEM W MEKSYKU

Przede wszystkim należy zapoznać się z piosenką bogini Glorii Trevi:

1 TODOS ME MIRAN, czyli WSZYSCY NA MNIE PATRZĄ

Z naciskiem na WSZYSCY

I to nie jest grzeczne, stłumione, europejskie patrzenie, które kończy się szybkim i speszonym odwróceniem wzroku kiedy zostanie się przyłapanym. To jest bezwstydne gapienie się, zwłaszcza w Whiskeylucan, bo jesteśmy tu jedynymi obcokrajowcami. Ever. I, jakby na to nie patrzeć, ja, Li i Jojo wyglądamy na tyle niemeksykańsko, że nawet w wielkim tłumie na ryneczku widać nas z promienia 40 km.

Dlatego kiedy czekamy na kamiona, kierowcy nie patrzą na drogę. Obracają głowy o 180 stopni, byle tylko móc się upewnić, że to żadna fatamorgana i że naprawdę tam stoję, biała i blond. I każdy kierowca kamiona, każda osoba w kamionie, każda osoba przechodząca obok kamiona, się gapi. Grupki młodszych facetów pokazują sobie nas palcami. Czasami ktoś podejdzie i zamiast zagadać, mówi po prostu FEJBUK?, no bo skoro jestem biała, to na pewno nie mówię po hiszpańsku. Ewentualnie robią sobie ze mną zdjęcia, jak stwiedzą że jednak warto zagadać po hiszpańsku. Li zaczęła robić sobie selfie z ludźmi gapiącymi się w tle – i ma już niezłą kolekcję.

To jednak łatwo zigorować, chyba że myślisz, że masz stalkera (który tak naprawdę KRADNIE INTERNET) albo jesteś przy Tepito, albo na Mercado de Sonora i jesteś 3 metry nad wszystkimi. Co prowadzi mnie do punktu nr 2:

2 JESTEŚ NAD WSZYSTKIMI

Bo średni wzrost Meksykanina to około 1,30.

Żartuję, ale jestem wzrostu wysokiego faceta. Mam 177 cm. Co ma swoje plusy: w metrze mam dostęp do powietrza nieskażonego potem, umiem zdjąć wszystko ze wszystkich półek bez użycia krzesła, przywiązać siatkę do siatkówki dla dzieciaków bez podnoszenia, zabrać coś dzieciakom tak żeby tego nie dosięgnęły, widzieć wszystkich w klubie. ALE. ALE. ALE.

W metrze wszyscy mają głowę na wysokości moich cycków, co dla nich może być dobre, bo mają trochę amortyzacji jak metro zahamuje. Jeśli nie są to cycki, jest to moja pacha na wysokości czyjegoś nosa. Część wagonów metra nie ma barierek nad głowami, bo nie wiem, może nikt nie może ich dosięgnąć. Jeżeli jedziemy kamionem albo taksówką, to jest 80% szans że moje kolana będą w takiej samej sytuacji jak podczas lotu Ryanairem: wciśnięte w siedzenie przed, tudzież w maskę samochodu.

No dobra, ale to nic w porównaniu z klątwą łazienek.

Mniejsza klątwa: kiedy wchodzę to kabiny, to i tak widzę co ludzie robią w innych kabinach, bo drzwi i ścianki kończą mi się pod brodą. Ludzie mogą też patrzeć się mi w oczy, kiedy zapinam spodnie.

Większa klątwa: wiecie, jak się sika na Małysza, to potrzebne jest miejsce, żeby wykonać przysiad i wychylić się do przodu.

MIEJSCA JEDNAK NIE MA, BO WSZYSTKIE LASKI SĄ O METR NIŻSZE ODE MNIE, więc jak chcę się załatwić, to mogę mieć albo głowę wciśniętą w drzwi (które nie zawsze mają zasuwkę, więc jednocześnie muszę je trzymać żeby się nie otworzyły) albo przybrać bardzo dziwną pozycję przysiadu z wyprostowanymi plecami.

Nie polecam. Polecam kupić lejek dla sikania dla kobiet.

Przy kwestii toalety mała dygresja: większość toalet publicznych reklamuje się jako „BAÑOS LIMPIOS”, tudzież „BAÑOS MUY LIMPIOS”, tudzież inne kombinacje „bardzo czystej łazienki”. Ostrzegam: jeżeli spodziewacie się tego, czego można się spodziewać po europejskich czystych łazienkach, to polecam zaopatrzyć się w lejek i lać pod drzewo.

Pierwsza czysta łazienka nie miała drzwi. Miała tylko ścianki (sięgające do pasa), które były na tyle krótkie że jak razem z Jojo małyszowałyśmy, to nasze głowy prawie się zderzyły. Druga miała zasłonkę prysznicową zamiast drzwi. Inna toaleta wyglądała jak chińskie więzienie dla jeńców wojennych, metalowe drzwi, kabina 1×1, bez światła, z grzybem na ścianie. Inna nie miała spłuczki, tylko muszla z odpływem, więc żeby ją spłukać, trzeba było wyjść z kabiny, powiedzieć innym żeby poczekali, wziąć wiaderko, nalać wody, spłukać i odstawić wiaderko. We wszystkich czystych łazienkach przy zapłacie dostaje się wydzielony papier toaletowy i wydzielony ręcznik do wytarcia rąk. Co z tego, że czasami nie ma wody. Ani mydła.

POLECAM LEJKI, ŻAŁUJĘ ŻE GO NIE MAM (http://gogirl.pl/)

3 JESTEŚ BIAŁASEM

Pomijam fakt, że widać, że jesteś nietutejszy.

Jeśli jesteś biały w Meksyku, to znaczy że jesteś BOGATY DO GRANIC NIEPRZYTOMNOŚCI.

Są oczywiście Meksykanie, którzy wyglądają biało i mogliby uchodzić za Europejczyków. Kiedy Rafa poznał ludzi z AISEC, powiedział tylko: fresas. Czyli truskawki. Czyli bananowa młodzież na polski. Nie do końca mu wierzyłam, ale po 2 tygodniach naprawdę okazało się, że ci biali meksykanie z zielonymi oczami opływają w hajs i 4 ubery dziennie to dla nich nie problem. Im bardziej indiańsko/meksykańsko wyglądasz, tym większe prawdopodobieństwo że jesteś biedny.

A skoro nie jesteś Meksykaninem i jesteś biały, to na pewno jesteś albo z USA, albo z Francji, albo z Niemiec. Czyli masz hajs. Czyli trzeba ci wcisnąć wszystko, co tylko można.

Punkt drugi bycia białym: jako że biali są „lepsi”, bardzo popularnym obrazem kobiety idealnej jest

53091dbe0752b97c3c482654d912134d.jpg

 

PLUS-SIZE-MODEL-342548.jpg

Białe. I najlepiej blond. Z dużą pupą. W telenowelach w telewizji mnóstwo aktorek właśnie tak wygląda. Jeśli spojrzy się na świerszczyki, to na okładkach nie ma gorących latinas – są blond białasy. Do tego Europejki są często postrzegane jako rozwiązłe seksualnie. Dlatego kiedy idę ulicą i czuję na sobie TODOS ME MIRAN wzrok ze strony facetów, to zawsze o tym myślę, i zastanawiam się czy też myślą w tym momencie o świerszczykach pełnych białych lasek i czy wpasowuję się w pożądany wzorzec. W metrze staram się o tym nie myśleć, bo nie jeżdżę wagonem dla kobiet, więc

 

mAKsD1N.gif

 

No i chyba nie muszę mówić o tym, że wszystko tutaj jest 4 razy ostrzejsze niż SUPER HOT danie w jakiejkolwiek restauracji.

 

 

Standard
Uncategorized

Weekend muzeów

Nie pisałam, bo wiecie, projekt lejdi sam się nie obejrzy, nowy Harry Potter sam się nie przeczyta a dzieci same się nie zabawią, bo są nierozgarniętymi pachołami które tylko wrzeszczą bo mają mniej niż 10 lat. Tak – ja tutaj sobie nie wakacjonuje. Tylko dzień w dzień zabawiam dzieci, co jest wycieńczającą pracą. I dlatego wszyscy po powrocie do domu idą spać.

Ja nie, bo chodzę spać przed 23. Ja pakuję. Spalam jogurt „naturalny”, który smakuje jakby miał co najmniej łyżkę stołową cukru i wszystkie conche z cajetą które zjadłam od przybycia tutaj. (Jakby co, concha to taka specjalna słodka bułka, a cajeta to taka jakby karmelowa nutella zrobiona z koziego mleka, która smakuje bardzo podobnie do norweskiego brunost!!!!)

Jednak w weekend mamy wolne. Razem z Li postanowiłyśmy odpuścić sobie wycieczkę do Huasteki, żeby móc pochodzić po muzeach. Zrobiłyśmy listę z 6 muzeami, posprawdzałyśmy dojazdy, godziny otwarcia, wszystko, i stwierdziłyśmy że we dwie damy sobie radę.

NIE

Rano Pancho stwierdził, że jedzie z nami, bo przecież jesteśmy dwoma dziewczynkami i on by się źle z tym czuł. I nie chce zostawać sam z Alejandro. I nie chce siedzieć w domu w sobotę. Ale głównie to się o nas martwi. Jedyne co przeleciało mi przez głowę to to, że on chodzi mega wolno i to będzie kolejne mexican experience, więc ostrzegłyśmy go, że chodzimy szybko. I wchodzimy do muzeów tak czy siak, nieważne czy ma kasę i ochotę. Przytaknął, więc wsiedliśmy do „zaufanej taksówki” i ruszyliśmy w drogę do miasta za jednyne 180 pesos (36 zł) za więcej niż godzinę jazdy.

Była to więcej niż godzina, bo kierowaca zamiast jechać drogą szybkiego ruchu wybrał trasę przez najmniejsze pipidówy Whiskeylucan. Pełne spowalniaczy i zakrętów i spowalniaczy na zakrętach. Z tyłu z głośników leciał non-stop jeden dźwięk – CZCZCZ CZCZCZ CZCZCZ CZCZCZCZ, który w połączeniu z jazdą, moimi kolanami wciśniętymi w maskę samochodu i nie do końca się tam mieszczącymi doprowadzały mnie na skraj rozpaczy/śmierci/rozpoczęcia serii wymiotów. No ale w końcu dotarliśmy i kierowca wyrzucił nas przy Bosque de Chapultepec i ruszyliśmy do Muzeum Sztuki Współczesnej, które było super. Jakby co, parę fotek, żebyście wiedzieli że meksykańskie malarstwo to nie tylko Frida Kahlo i Diego Rivera.

13936995_10206466405368186_1308797240_n

13941071_10206466409528290_517255668_n

13900977_10206466405648193_656865457_n

13884296_10206466412488364_1650670626_n

13706261_10206466401008077_824264801_n

13884394_10206466409288284_2078344347_n

W czasie kiedy my zwiedzałyśmy, Pancho siedział i cierpliwie czekał na nas przed muzeum. Na nic prośby, żeby się przeszedł po parku. Następne na liście było muzeum starych zabawek, do którego trzeba było podjechać metrem, ale zdążyliśmy już trochę zgłodnieć. Postanowiliśmy (pod moją komandą) udać się do restauracji wegetariańskiej na ulicy Varsovia – czyli lokalu stworzonego dla mnie. Dotarliśmy tam o godzinie 12.45. Po 5 minutach przyszedł nasz kelner – Angel i oświadczył, że mamy do wyboru tylko menu śniadaniowe.

– Kiedy zaczyna się normalne menu? – pytam.

– O pierwszej – mówi Angel, a ja patrzę na zegarek. Jest za 10. Nie do końca kminię o co chodzi, bo myślałam że meksykański czas jest bardziej płynny niż tej polski, ale te 10 minut to był duży problem. Przeczekaliśmy je zamawiając soczki i kawkę, a w punkt 1 Angel przyniosł nam menu. I zniknął.

Mija 5 minut. 10. 15. Angela jak nie było, tak nie ma. W olbrzymim lokalu oprócz nas trzy pary. Mija 20 minut. I wtedy zjawił się Angel.

Li myślała, że już zamówiliśmy, ale nie. Złożyliśmy zamówienie i Angel zniknął na kolejne 15 minut.

A potem 20. A potem już dostaliśmy jedzenie, które było pyszniutkie, ale było już po drugiej, a żeby poprosić o rachunek, trzeba było znaleźć Angela. Który zniknął w czarnej dziurze.

Powiem tak: to nie tak, że ta restauracja to był wyjątek. MEKSYKANIE SĄ ŚLAMAZARAMI BOŻE JACY ONI SĄ WOLNI we wszystkiiiiimmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm

REAL LIFE MEXICAN IN ACTION

Więc następnie w niemeksykańskim tempie udaliśmy się do stacji metra. I tam przekonaliśmy się kto jest samcem alfa tej wycieczki.

JA

Bo tylko a) tylko ja jechałam wcześniej metrem, b) tylko ja potrafiłam się w nim zorientować, bo moim zdaniem jest lepiej oznakowane niż przeklęte rondo pod Rotundą, c) JUŻ NIC MNIE TU NIE ZDZIWI. Myślałam, że Pancho – nawykłego do bycia Latynosem i Li – jeżdżącą chińskim metrem też nie. Niestety, myliłam się.

Nie mogliśmy zapakować się do wagonu dla kobiet, bo był z nami Pancho, więc ustawiliśmy się przy wagonie męskim. I to w sumie wystarczyło, żeby wsiąść. Jechaliśmy linią różową, która biegnie wzdłuż bardzo popularnego Paseo de la Reforma, w sobotę, o 14. Stan zatłoczenia: indyjski pociąg. Kiedy metro się zatrzymało, zostaliśmy we trójkę agresywnie wepchnięci do wagonu. Ktoś trzymał się mojego biodra, żeby nie upaść. Mnie to nie zdziwiło, bo wiedziałam że jest tłoczno, i nie było gorzej niż w krakowskim tramwaju jadącym na zakończenie Festiwalu Muzyki Filmowej. Jednak kiedy spojrzałam na Pancho i Li, jednego uczepionego drugiego, w ich oczach ujrzałam pierwotny strach i przerażenie rozszerzające źrenice do rozmiarów spodków. Kiedy zatrzymaliśmy się na Salto de Agua, tak jak zostaliśmy wepchnięci do wagonu, tak teraz zostaliśmy z niego wypchnięci. Ale musieliśmy się przesiąść. Jak jednak się okazało, linia zielona nie była tak zawalona masą ludzką jak różowa, więc kolejne 2 stacje przejechaliśmy w spokoju.

Muzeum było dość creepy i nie do końca mogłam się utożsamić z wzdychającymi z nostalgii Pancho i Li, bo nie było tam radzieckich zabawek.

13936979_10206466411368336_1973319561_n

13874935_10206466404968176_882182538_n

Z muzeum – o zgrozo – musieliśmy udać się do centrum metrem. Wysieliśmy przy Bellas Artes i udaliśmy się na szybką rundkę po Palacio Postal i Muzeum Narodowym.

13936639_10206466412048353_1049935389_n

I jakimś cudem była już 17, więc spokojnym spacerkiem udaliśmy się do meksykańskiego Chinatown (czyli jakiejś pół ulicy), zjedliśmy chińskie pampuchy, Li kupiła pałeczki, po chińsku załatwiła kilka spraw.

13931425_10206466410328310_1260212539_o.jpg

W deszczu ruszyliśmy na największą atrakcję wieczoru: LUCHA LIBRE!

13672146_10206466404888174_919512788_n.jpg

13933399_10206466410288309_703906655_n

W 11 osób wpakowaliśmy się do jednego kombi (nie pytajcie jak, dla mnie to już normalka) i podjechaliśmy pod arenę. Jakby co, to nie była posh arena, tylko arena w bardzo złej dzielnicy, do tego bardzo blisko Tepito (czyli NAJGORSZEGO MIEJSCA EVER na którym można sprzedać wszystko oprócz godności [czyt. nerki, dzieci, nielegalną broń i prochy] i kiedy wysiedliśmy z samochodu, Big Lalo powiedział, żeby się nie odzywać i iść bardzo szybko. Tak więc zrobiliśmy i już po 5 minutach oglądaliśmy najdziwniejszy spektakl jaki widziałam od czasów krakowskiej adaptacji „Do Damaszku”.

Czułam się trochę jakbym oglądała sztukę teatralną w obcym języku, bez uprzedniej znajomości jej treści, kontekstu ani konwencji. Przez pierwsze 20 minut widziałam tylko facetów w kusych strojach rzucających się po ringu i kopiących się po jajach na różnorakie sposoby, ale z czasem zaczęłam doceniać konwencję. I wtedy to było całkiem interesujące. Lalo wytłumaczył mi, że zawsze są dwie drużyny: bad guys i good guys. Ci dobzi wyglądają jakby urwali się z RuPaul Drag Race, minus cycki i makijaż i plus maska na twarzy, a ci źli jak wyuzdani goci. Dużo brokatu, rzeczy narysowanych na kroczu, dużo spandexu i DUŻO KOPANIA PO JAJACH. Naprawdę. Gdyby to była gra, mogłaby nazywać się

KTO PIERWSZY I W NAJBARDZIEJ WYMYŚLNY SPOSÓB DOTKNIE CZYJEGOŚ PENISA.

Była to również jedna z najbardziej gejowskich rzeczy jakie widziałam w moim życiu. A widziałam naprawdę dużo.

13874708_10206466405688194_1401859611_n.jpg

Do domu wróciliśmy koło 11 (uprzednio idąc do samochodu marszobiegiem, patrząc pod nogi i nie odzywając się ani słowem) i od razu walnęliśmy się do łózia, bo o 7.45 Lalo zabierał nas na kolejne zwiedzanie.

Ale w momencie kiedy otworzyłam oczy, wiedziałam, że to nie będzie mój dzień. Bo byłam chora. I gdybym pisała po angielsku, to bylibyście pod wrażeniem mojej gry słów, bo byłam homesick, czyli włączyła mi się straszna tęsknota za domem.

No ale nic. Pakujemy się do kombi, tym razem tylko w 6 osób. Pierwszy na liście był Castillo del Chapultepec, czyli zamek w tym samym parku w którym byliśmy wczoraj. O dziwo, pracownicy uwierzyli że jestem Meksykanką i tylko Li miała problem z wejściem za darmo – tutaj zabrzmiewa fundamentalny śmiech wydobywający się z moich trzewi. No i co – zamek to zamek, były ciekawe wystawy, ładne widoczki na miasto, ciekawe anegdotki, ALE CO Z TEGO, SKORO JA CHCĘ DO DOMU. Poza tym, jestem na detoksie kawowym i tego dnia brak kofeiny dał mi się naprawdę we znaki i po zamku snułam się jak Prawie Bezgłowy Nick po Hogwarcie, czując że zaraz osunę się na podłogę i zacznę płakać.

13918633_10206466414408412_2001843936_o

 

 

13900592_10206466413408387_1311772688_n

13900455_10206466415688444_466860956_n

13874852_10206466414368411_1698864219_n

13883763_10206466415368436_1335805638_n

Potem podjechaliśmy do domu Fridy Kahlo, w którym zastaliśmy…

KOLEJKĘ. Pamiętacie kolejkę do piramidy? To była taka kolejka po bilety. Spędziliśmy w niej 1,5h. W domu o wiele mniej (jeśli nie liczyć czekania jakieś 30 minut na Pancho, który zagubił się w czasoprzestrzeni). No i co – muzeum jak muzeum, interesujące, bo Frida to interesująca kobieta, ale imho było trochę za mało o jej feminizmie; ładne i meksykańskie, ALE CO Z TEGO, KIEDY JA CHCĘ DO POLSZY.

Jako że w muzeum zeszło nam jakieś 3 godziny – przez czekanie po bilety i czekanie na Pancho – zamiast zwiedzać dalej, udaliśmy się po spacer po Coyoacan, czyli hip dzielnicy CDMX. Zaszliśmy na jeden market, żeby się posilić. Trafiliśmy to bardzo przyjemnej knajpki, której pracownicy mieli na fartuszkach Małą Syrenkę bądź Sebastiana i który specjalizował się w owocach morza. Wiem, że sobie myślicie „co za idiotyzm, na pewno następnego dnia srali na kilometr” ale informuję was że NIE! Wszystko było w porządku. Za 100 pesos (20 zł) dostaliśmy 3 dania, deser, napój, zagrychę w postaci buły i krakersów. Bardzo wesoły pan właściciel postanowił nam również odśpiewać hymn tego ryneczku, napisany przez jego skromną osobę. Szybko wydał 3 filety rybne, chwycił za chochlę i za pokrywkę od garnka, walnął w nią parę razy, powitał swoich przyjaciół z Chile, Kolumbii, Chin i Polski i zaczął śpiewać:

Potem ruszyliśmy na Mercado Artesanal, na którym nabyliśmy pamiątki, ale głównie to

CZEKALIŚMY

Bo David kupił sobie bęben, a bęben trzeba było nastroić.

13880255_1663114010675105_5406605973600857784_n.jpg

Co zajęło całą, pełną agonii godzinę, podczas której zaczęło lać. Serio, w życiu się tyle nie naczekałam co tego dnia. Po ponad półtorej godzinie opuściliśmy mury mercado, szybko zajrzeliśmy do kościoła i do lodziarni, i ruszyliśmy do domu.

ALE CO Z TEGO, SKORO TEN DOM TO NIE TEN DOM CO CHCĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘE CHLIP CHLIPPPP

BO JA CHCĘ DO POLSKI

Chcę jeść kartofle i pszenicę i gluten zamiast kukurydzy, chcę mieć stały dostęp do internetu, a nie przerywany, chcę przytulić K. i pogadać przez telefon z mamą, wziąć prysznic w naprawdę gorącej wodzie który będzie trwał dłużej niż 5 minut, pić wodę z kranu, jeść warzywa, nie musieć zbierać deszczułki żeby spłukać swoje siki kiedy jest wielka burza, pić normalną kawę a nie kurna KAFE LEGAL, być w tej samej strefie czasowej co moi znajomi i rodzina, rozmawiać po polsku, ubierać się w obcisłe ciuszki, wchodzić po schodach bez zadyszki, jeść jogurt który nie jest słodkim ulepkiem, móc dojechać do centrum miasta w mniej niż godzinę, nie widzieć już nigdy więcej Kolumbijczyka, zjeść wegańskiego burgera, pójść na siłkę, nakarmić wrony w parku, nie użerać się z bandą dzieciaków dzień w dzień, NO OGÓLNIE TO MOGŁABYM JUŻ WRACAĆ

ALE

MÓJ LOT JEST RÓWNO ZA 2 TYGODNIE I 1 GODZINĘ W MOMENCIE PISANIA

Co nie zmienia faktu, że już zaczęłam organizować miejsce w walizce. Wszyscy dostaniecie pamiątki (jak przelejecie mi hajs, huehue, nr konta na priv).

 

 

Standard