Uncategorized

Anegdotki z wakacji i emigracji

Właśnie zjarałam w piekarniku moje dyniowe bułeczki, więc muszę jakoś odreagować. Wiedzieliście, że można tak zjarać rodzynki, że będą wyglądały jak małe żuki??

Niestety, większość moich znajomych mieszka na imigracji. Część już wróciła, część nie, ale każdy z nich ma do opowiedzenia jakąś historię, jak już w końcu się spotkamy. I na ogół są to historie z najgłębszych otchłani zagranicznego emigracyjnego piekiełka i dykteryjki o najdziwniejszych ludziach (i ich imionach, żebym mogła postalkować). I muszę zacząć od historii Olka, bo zawsze są moimi ulubionymi – nie wiem czy dlatego, że są opowiedziane w obłędny sposób, czy dlatego że Olek po prostu przyciąga psycholi.

Olek właśnie zaczął magisterkę w Cambridge, ale niestety jest bezdomny, bo jego koledż (TEN PRESTIŻOWY) się na niego wypiął, i powiedział że mimo że miał mu dać miejsce, to mu nie da, no bo wiecie – przypadki chodzą po ludziach, po uczelniach też. Nie ma miejsc, mimo że są na konferencje dla ważnych profesorów, a Olek niestety jeszcze nim nie jest.

Zanim Olek powrócił po przerwie na łono swojej alma mater, pojechał na kurs językowy o Bonn. Byli tam różni ludzie z różnych krajów, ale fart chciał że trafił do grupki z Nigeryjką i Holendrem. Ich zadanie: ustalić czym jest to, co ich troje łączy. Auf dojcz.

Holender i Nigeryjka lubią sport, Olek jednak kręci nosem i mówi: a może wszyscy lubimy czytać?

I TAK TO JEST TO!! Grupa pada sobie w ramiona, słońce zaczyna świecić trochę jaśniej, ptaszki śpiewają, grupa zaczyna wymieniać pisarzy których lubią. Olek mówi KAFKA!!! Euforia. Holender mówi MANN!!! Ochy i achy zachwytu. Nigeryjka mówi HITLER!!!

Yyyyyyyyyyy warten sie bitte

Czy to troll? Czy to żart? Czy to na serio? Czym jest prawda?

cb7

– Szkoda, że napisał tylko jedną. Mądra książka.

TROLL? ŻART? NA SERIO? Walka Olka trwa, stwierdza jednak, że trolluje tak mocno, że wygląda to na 100% poważną opinię.

Bądź nią jest.

Po krótkim czasie Olek został zaproszony do grupy znajomych na fejsbuku i odkrył zupełnie nowy wymiar swojej koleżanki. Akinlawon średnio 4 razy dziennie wstawia cytat z Bilbii, zapewnienie że Bóg ją kocha, zapewnienie że Bóg pokara niewiernych, lub selfie.

Myślicie że to wszystko? TO NIC NIE WIECIE, bo przecież można połączyć jedno z drugim.

Bóg stworzył mnie idealną, PATRZCIE!! + samojebka z dzióbkiem. Trzy razy w tygodniu.

Do tego dochodzą również natchnione opisy o tym, jak Candy Crush uczy życia:

ccandy

Wyjaśnia to też dlaczego ludzie zawracają ludziom dupę w prawdziwym życiu – jakoś muszą żebrać o te quasi candycrushowe życia.

Z drugiej jednak strony, fejs Akinlawon jest ciekawym świadectwem ścierania się dwóch światów, Afryki i Europy.

yaruba

 

Pomijam bycie DAZED – Olek przyznał, że sukienkę faktycznie miala ładną, ale bardziej niż DAZED, byli confused, bo podczas opowiadania o nigeryjskich zwyczajach bardzo często pojawiało się słowo KALABAS. Kalabas się nosi, przekazuje innym, kalabas tu, kalabas tam, Olek nie ma strachu, więc zapytał: WAS IST KALABAS?

Szok. Niedowierzanie. Akinlawon nie do końca dobrze mówiła po niemiecku, więc po pół godzinie odpowiadania na pytania tak-nie, grupa doszła do wniosku że kalabas to rodzaj miski. Niestety, w świadomości Akinlawon grupa dalej nie rozumie, no i wygląda na zagubioną. A przede wszystkim nie wie co to KALABAS.

Szczerze to musiałam się przekopać przez 2 miesiące codziennego sławienia Boga, żeby dokopać się do kalabasu, bo moja pisownia nic nie zwracała, ale oto i on:

kalabs

To jest jakaś roślina! Z której robi się miskę. Teraz już nie będziecie lost.

EDIT: Kinga mówi, że to po polsku tykwa. Naprawdę jestem w szoku: myślałam że tykwa wygląda bardziej… tykwiasto? IDK

marriage

To się dzieje naprawdę

SIN – SATANS IDENTIFICATION NUMBER

 

nylon

Życie nie jak w Madrycie

Oraz moje ulubione

liscie

Nie wiem o co chodzi – może w Nigerii nie mają żadnej sałaty, ani nic zielonego, bo podobno bulwers był straszny, że w kanapce są LIŚCIE. No i że je połknęla. I jeszcze ta kanapka kosztowała 3 euro.

A skoro już jesteśmy na temacie sałaty.

Ania była przez rok w Chinach, i bardzo tam cierpiała, głównie przez jedzenie. Nie miała swojej kuchenki, więc musiała polegać na jedzeniu z ulicy.

Ania mówi, że prawdziwe chińskie jedzenie jest obrzydliwe. Tłuste jak cholera, niedobre, przesmażone, i że polskie chińczyki są lepsze. Wspomniała też, że w Chinach sałatę (i jej 5 odmian) się gotuje i wrzuca do zupy.

salata-maslowa

Ew. Ale może to klucz do zrozumienia Akinlawon. Czymże jest sałata, jeśli nie zwiotczałą kapustą.

No dobra, a teraz od jedzenia przeskoczymy do mojego ulubionego tematu: KUPY. poop

O Chinach krąży mnóstwo dziwnych plotek, takich jak np. (według mojego kolegi z Meksyku) że jedzą ludzkie płody. Dlatego kiedy Karol powiedział mi, że Chińczycy wypróżniają się na ulicy, średnio chciałam w to wierzyć. I zapytałam Ani.

– TAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAK – powiedziała, ku mojemu zdumieniu. I wytumaczyła, że dla facetów jest bardzo mało granic, i moją siusiać i kupczyć w dużej ilości miejsc, ale grupą, której fizjologią rządzi zasada róbta co chceta, są dzieci. Dlatego nie jest dziwne, że mama podsadza dziecko, żeby zrobiło kupę do śmietnika, albo siusiu do popielniczki na lotnisku. Przy łazience. Dzieci też rzadko noszą pieluchy, no bo przecież mogą kucnąć i zrobić. Bo chodzą w majtkach z dziurą.

Pytanie: czy po dzieciach też trzeba sprzątać, jak po psie, czy ludzka kupa w jakiś sposób jest lepsza i bardziej autonomiczna?

No, to już koniec o kupie, ale jeszcze przekażę wam wieść od Ani, że dużo Chińczyków ma jeden długi paznokieć, ten u małego palca, który służy jako wykałaczka, patyczek do ucha, itd.

Kolejną rzeczą, która zaobserwowała Ania jest to, że Chińczycy nie mają zupełnie szacunku dla siebie, więc przy sprincie do metra potrafią kogoś zepchnąć ze schodów, a przed Anię w kolejkę do metra non stop wpychały się stare chińskie babki.

Ania rozwiązała problem mówiąc do nich agresywnie po polsku. Podobno działa jak marzenie. Może dlatego, że polski brzmi trochę jak język Mordoru, a kto by się stawiał pomiotowi Saurona (zwłaszcza jeśli jest od ciebie 30 cm wyższy).

Tutaj muszę zakończyć, bo wciąż czekam na więcej historyjek, ale jeśli któraś spowoduje zerwanie moich boków, to na pewno dam wam znać.

DISCLAIMER: Wiem, że ludzie mają różne kultury i zdania i je szanuję, co jednak nie przeszkadza mi się z nich śmiać. Jeśli myślicie że jestem hejterem, to macie rację, i mówiłam już o tym w pierwszej notce, więc ¯\_(ツ)_/¯

 

Advertisements
Standard
Uncategorized

HASTA LA VISTA BEJBI

Pewnie sobie myślicie, że po tej nagłej przerwie leżę martwa w rowie po porachunkach karteli narkotykowych. A ja po prostu byłam na wakacjach i moczyłam tyłek po obu stronach Atlantyku i nie miałam ochoty/komputera żeby publikować moje wypociny. Już jestem w domu od jakiegoś miesiąca (ale tak naprawdę nie, bo w międzyczasie byłam 2 tygodnie w Hiszpanii).

Od ostatniej meksykańskiej notki w sumie niewiele się zdarzyło, bo praca z dziećmi wszystkich wykończyła i naszą główną rozrywką po pracy było spanie. Dość długo nie poddawałam się temu trendowi, ale jednak siedzenie w zombie hausie, gdzie jesteś jedyną przytomną osobą na 6 jest dość straszne, zwłaszcza jeśli czytasz książkę o klonach, więc po jakimś czasie też zaczęłam ucinać sobie dwugodzinne drzemki, żeby potem zjeść i po kolejnych 2 godzinach pójść spać ponownie.

Ostatni weekend przed moim powrotem czekała nas jednak super przygoda: JEDZIEMY NA PLAŻĘ Z RAFĄ! Czyli ja, Li, Jojo i Pancho zapakowaliśmy się do jego samochodu i pojechaliśmy do Veracruz, do małej jeszcze nie strasznie turystycznej miejscowości Tecolutla,co wg google maps miało zająć około 4 godzin. Zajęło 6, bo Rafa czasem nie ogarniał GPSa i zjazdów z drogi, więc dwa razy musiał się zawracać przez tą samą bramkę i za to płacić, albo jechać “skrótem” który wyglądał jak droga do gospodarstwa wiejskiego mojej prababci na wschodnim podlasiu. Po jakiejś godzinie wszyscy oprócz mnie (no i Rafy, bo prowadził) przełączyli się na tryb zombie i kimali przez kolejne 2 godziny. Mieliśmy więc okazję do ploteczek i wspominek z Skovde, the place to be.

Najsmutniejszym widokiem tej przejażdżki była jednak bramka na autostradzie, gdzie o 22:30 para ludzi pobrała od nas 4 peso za przejazd. Czyli mniej niż złotówkę. JAK UTRZYMUJE SIĘ TA BRAMKA?????? Przecież ktoś tam pracuje?? Trzeba ją było wybudować??? A PŁACI SIĘ 4 PESO???

W połowie drogi zaczęło się robić gorąco, i umiarkowany klimat miasta Meksyk powoli zaczął zamieniać się w obklejającą wilgotność i temperaturę wyższą o jakieś 10 stopni. A rano (“rano”) poszliśmy na plażę.

Plaża meksykańska w Tecolutli wygląda trochę jak ta bałtycka, poza tymże a) na osobę przypada jakieś 40 m2, a nie 0,4; b) jest tam ciepło i woda też jest ciepła; c) kręcą się tam grube biznesy.

Nie byłam dawno nad polskim morzem, ale od kiedy pamiętam, było tak, że raz na 2 godziny przeszedł się pan Mietek z przenośną lodówką i krzyczał w niebogłosy reklamę zimnej wody i lodów. Meksykanie wynieśli to na nowy poziom. Przedstawiam wózeczki.

14339949_10206752674324731_589239072_o

Wózeczki mają też opcję stacjonarną, i często się zatrzymują w jednym miejscu (no bo ile można pchać takie coś załadowane owocami morza?) i wysyłają w teren swojego agenta. Agenci często chodzą z próbką tego, co sprzedają: tacką owoców morza, drineczkiem, ananasem wypełnionym innymi owocami, piną coladą, empanadami, lodami, wodą, piwem, ewentualnie martwą rybą.

14017838_10206532245094138_1405815648_n

14017914_10206532869149739_151508259_n

14341776_10206752674364732_212829_n

No i z jednej strony to jest super: nie umrzesz z głodu na plaży, nie musisz brać ze sobą kanapek z serem które zamienią się w twojej torbie w serowo-glutenową brejęi zamiast tego możesz wlewać w siebie pyszną fresa coladę (po 4 dostałam zniżkę) i jeść świeżutkie ostrygi i sałatki z owoców morza, np. vuelva la vida czyli “wróć życie”, podobno dobra na kaca.

Ale. Ale. Ale. Staje się to trochę irytujące, kiedy wózków jest dużo i jakiś agent przechodzi -tfu, co ja mówię, PODchodzi do ciebie co średnio 30 sekund. Machając swoim produktem i tłumacząc co innego ma w asortymencie. Krewetki? Ostrygi? Kalmary? Ośmiornica? Mamy wszystko,  świeże ryby, z różnymi sosami,  nawet nie ostrymi, sałatki, koktajle, wszystko to powiedziane machając kubeczkiem pełnym owoców morza. Przez pierwsze 4 godziny byłam grzeczna i dziękowałam, ale potem już się poddałam, założyłam słuchawki i zamkęłam oczy. No bo chyba nie ma sensu zachwalania towaru osobie odciętej od świata?

Po paru minutach z mojego transu wyrwał mnie straszny smród. No wali rybą. Otwieram oczy, a nade mną jest martwa ryba, którą trzyma pan wychwalający jej walory, świeżość i niską cenę. Podziękowałam i weszłam do wody, bo wózków-łodzi podwodnych jeszcze nie wymyślili.

Ale apropo kąpieli. Tuż przed skandalem burkini byłam świadkiem jak na meksykańskiej plaży, rodowici Meksykanie i katolicy, nie odkrywali milimetra kwadratowego swojej skóry. Nie żeby mieli do tego specjalne stroje – ludzie paradują po plaży, często w 35 stopniach, w koszulkach, koszulach, jak są szaleni to też w tanktopach, w połączeniu z szortami, ew. długimi jeansami. Kobiety mogą zaszaleć i włożyć długą sukienkę do pół łydki.I wszyscy siedzą w cieniu. Ani jednej osoby na opalającej się na ręczniku.

Ja i Jojo leżymy tymczasem w bikini w słońcu, no bo w Polsce i Kanadzie witaminy D raczej nie nałapiemy przez resztę  roku. Nie dość, że byłyśmy tam jedynymi obcymi, to jeszcze leżałyśmy na widoku, więc SERIO – cała plaża wiedziała że jesteśmy, i gdzie jesteśmy. Zwłaszcza  ludzie na wózkach  od wózków.

Pytam Rafy – czemu oni są w ubraniach? Rafa mówi: nie wiem, może się wstydzą. No i z jednej strony to się nie dziwię, bo są grubi od żarcia chipsów i smażonego mięsa i zapijania ich colą, ale z drugiej strony kogo to obchodzi??? To chyba i tak lepsze niż chodzenie w mokrym półprzezroczystym tshircie, który wygląda ohydnie???? I nie może być wygodny? No ale ok. Ja mam inną teorię: czy to nie jest tak, że oni nie chcą się opalić, bo jak są ciemni, to znaczy że są biedni? Rafa zamyśla się na chwilę i mówi, że to możliwe.

No i w sumie to wszystko co się tam zdarzyło. Plaża nie jest najbardziej ekscytującym miejscem na świecie, a nie mieliśmy czasu na nic więcej, bo byliśmy tam 1,5 dnia. Powrót był koszmarem, bo dobiło do 40 stopni, co doprowadziło mnie do drastycznych kroków modowych:

image010

(chciałam wstawić zdjęcie, ale chyba za dużo poważnych ludzi to czyta żeby pokazywać moją bezstanikową koszulkową konstrukcję, zakrywającą tylko to co potrzebne).

Droga do miasta zaiste była malownicza, wąwozy pochyliły ku sobie oblicza niczym para kochanków,  a my niedługo wylądowaliśmy w korku. Dlatego nasza droga zajęła znowu 6 godzin, a nie 4. Będąc już w Huixquilucan zorientowaliśmy się, że Pancho zostawił w samochodzie okulary, a ja kabel USB. I dlatego padłam ofiarą mojego pierwszego oszustwa-kabel USB za 70 zł.

Jakby co, już się trochę rozwalił.

I w sumie nic ciekawego się więcej nie działo – poza moim pakowaniem, tym że Kolumbijczyk ostatecznie udowodnił że powinien się gotować żywcem w smole w ostatnim kręgu piekieł przez całą wieczność (ale nie będę nic więcej o nim mówić, bo podobno robię się monotematyczna), na lotnisko wiózł mnie jedyny kierowca taksówki który gadał non stop przez godzinę, ja na lotnisku obkupiłam się tequilą którą potem we Franfurcie skanowali mi oddzielnym skanerem do płynów, a kobieta w moim rzędzie wychodziła do kibla po oparciach od siedzeń, przez co obudziła mnie co najmniej 4 razy; i że nigdy się nie radowałam aż tak bardzo na widok europejskiej ziemi jak podczas lądowania w Niemczech. I w życiu moje ślinianki nie cieszyły się tak na wieść, że już długo nie zjedzą niczego zrobionego z kukurydzy.

Pierwszym odwróconym szokiem kulturowym były ceny w Frankfurcie. 10 euro za gumę do żucia, wodę i sok? Kein problem.

Po powrócie pobyłam w Polsce tylko jakieś 5 dni – bo potem rzuciło mnie do Hiszpanii. Ale to już temat na następną notkę (miejmy nadzieję że nie za miesiąc).

 

 

 

Standard
Uncategorized

3 aspekty bycia białasem w Meksyku

Mam problem z pisaniem, bo nie mamy od tygodnia internetu. Nie mam więc jak wrzucać tego co piszę. Historia dlaczego nie mamy internetu jest bardzo zawiła, więc zacznę od początku:

Kiedy mieliśmy jechać do Interlomas, żeby spotkać się z Rafą, przy wejściu na naszą posesję kucał jakiś typ, którego nie znałam. Spojrzałam się na niego, on na mnie, ja się skrzywiłam, on się skrzywił. Później widziałam go z kolegą krążącego dookoła naszego domu. Później la directora nas ostrzegła, żebyśmy na siebie uważali, bo jakieś podejrzane typy które nie są z Magdaleny się szwędają w pobliżu, i kiedy mąż la directory spytał go, czemu kuca przy bramie, typ odpowiedział że „czeka na swoją żonę”. Na początku poinformowano nas, że to pewnie stalkerzy, ale po 2 dniach przyszło olśnienie.

Wiecie co oni robią?

Kradną wifi.

Nie do końca wiemy jak: wiemy jednak że to ONI i używają dwóch aplikacji na telefonie, nie wiemy jakich, ale ONI ich używają. I dlatego kucają przy bramie. Bo kradną wifi swoją aplikacją na telefonie. Nie tylko nam, ale też sąsiadom!! Nie jest to bynajmniej wina operatora – tego samego dla całego sąsiadztwa – to WINA DWÓCH TYPÓW KTÓRZY KRADNĄ NAM WIFI PRZEZ CAŁY DZIEŃ!!!!!!! I na pewno dlatego o 1 w nocy internet wrócił – nasi oprawcy poszli na imprezę. Dzisiaj znowu nie ma wifi, mimo że nie nikt nie kuca przy bramie, bo internet jest już UKRADZIONY. Nie wiem kiedy nastąpił przeskok z tych typów bycia stalkerami do kradzieży internetu TELEFONEM KUCAJĄC PRZY NASZEJ BRAMIE, GDZIE NAWET NIE MA ZASIĘGU, ale nastąpił.

Niech ktoś mi powie że to jest możliwe, bo tę część pisałam zanosząc się maniakalnym śmiechem.

Okej – a teraz back to business!

Temat dzisiejszej notki to

JAK TO JEST BYĆ MNĄ/BIAŁASEM W MEKSYKU

Przede wszystkim należy zapoznać się z piosenką bogini Glorii Trevi:

1 TODOS ME MIRAN, czyli WSZYSCY NA MNIE PATRZĄ

Z naciskiem na WSZYSCY

I to nie jest grzeczne, stłumione, europejskie patrzenie, które kończy się szybkim i speszonym odwróceniem wzroku kiedy zostanie się przyłapanym. To jest bezwstydne gapienie się, zwłaszcza w Whiskeylucan, bo jesteśmy tu jedynymi obcokrajowcami. Ever. I, jakby na to nie patrzeć, ja, Li i Jojo wyglądamy na tyle niemeksykańsko, że nawet w wielkim tłumie na ryneczku widać nas z promienia 40 km.

Dlatego kiedy czekamy na kamiona, kierowcy nie patrzą na drogę. Obracają głowy o 180 stopni, byle tylko móc się upewnić, że to żadna fatamorgana i że naprawdę tam stoję, biała i blond. I każdy kierowca kamiona, każda osoba w kamionie, każda osoba przechodząca obok kamiona, się gapi. Grupki młodszych facetów pokazują sobie nas palcami. Czasami ktoś podejdzie i zamiast zagadać, mówi po prostu FEJBUK?, no bo skoro jestem biała, to na pewno nie mówię po hiszpańsku. Ewentualnie robią sobie ze mną zdjęcia, jak stwiedzą że jednak warto zagadać po hiszpańsku. Li zaczęła robić sobie selfie z ludźmi gapiącymi się w tle – i ma już niezłą kolekcję.

To jednak łatwo zigorować, chyba że myślisz, że masz stalkera (który tak naprawdę KRADNIE INTERNET) albo jesteś przy Tepito, albo na Mercado de Sonora i jesteś 3 metry nad wszystkimi. Co prowadzi mnie do punktu nr 2:

2 JESTEŚ NAD WSZYSTKIMI

Bo średni wzrost Meksykanina to około 1,30.

Żartuję, ale jestem wzrostu wysokiego faceta. Mam 177 cm. Co ma swoje plusy: w metrze mam dostęp do powietrza nieskażonego potem, umiem zdjąć wszystko ze wszystkich półek bez użycia krzesła, przywiązać siatkę do siatkówki dla dzieciaków bez podnoszenia, zabrać coś dzieciakom tak żeby tego nie dosięgnęły, widzieć wszystkich w klubie. ALE. ALE. ALE.

W metrze wszyscy mają głowę na wysokości moich cycków, co dla nich może być dobre, bo mają trochę amortyzacji jak metro zahamuje. Jeśli nie są to cycki, jest to moja pacha na wysokości czyjegoś nosa. Część wagonów metra nie ma barierek nad głowami, bo nie wiem, może nikt nie może ich dosięgnąć. Jeżeli jedziemy kamionem albo taksówką, to jest 80% szans że moje kolana będą w takiej samej sytuacji jak podczas lotu Ryanairem: wciśnięte w siedzenie przed, tudzież w maskę samochodu.

No dobra, ale to nic w porównaniu z klątwą łazienek.

Mniejsza klątwa: kiedy wchodzę to kabiny, to i tak widzę co ludzie robią w innych kabinach, bo drzwi i ścianki kończą mi się pod brodą. Ludzie mogą też patrzeć się mi w oczy, kiedy zapinam spodnie.

Większa klątwa: wiecie, jak się sika na Małysza, to potrzebne jest miejsce, żeby wykonać przysiad i wychylić się do przodu.

MIEJSCA JEDNAK NIE MA, BO WSZYSTKIE LASKI SĄ O METR NIŻSZE ODE MNIE, więc jak chcę się załatwić, to mogę mieć albo głowę wciśniętą w drzwi (które nie zawsze mają zasuwkę, więc jednocześnie muszę je trzymać żeby się nie otworzyły) albo przybrać bardzo dziwną pozycję przysiadu z wyprostowanymi plecami.

Nie polecam. Polecam kupić lejek dla sikania dla kobiet.

Przy kwestii toalety mała dygresja: większość toalet publicznych reklamuje się jako „BAÑOS LIMPIOS”, tudzież „BAÑOS MUY LIMPIOS”, tudzież inne kombinacje „bardzo czystej łazienki”. Ostrzegam: jeżeli spodziewacie się tego, czego można się spodziewać po europejskich czystych łazienkach, to polecam zaopatrzyć się w lejek i lać pod drzewo.

Pierwsza czysta łazienka nie miała drzwi. Miała tylko ścianki (sięgające do pasa), które były na tyle krótkie że jak razem z Jojo małyszowałyśmy, to nasze głowy prawie się zderzyły. Druga miała zasłonkę prysznicową zamiast drzwi. Inna toaleta wyglądała jak chińskie więzienie dla jeńców wojennych, metalowe drzwi, kabina 1×1, bez światła, z grzybem na ścianie. Inna nie miała spłuczki, tylko muszla z odpływem, więc żeby ją spłukać, trzeba było wyjść z kabiny, powiedzieć innym żeby poczekali, wziąć wiaderko, nalać wody, spłukać i odstawić wiaderko. We wszystkich czystych łazienkach przy zapłacie dostaje się wydzielony papier toaletowy i wydzielony ręcznik do wytarcia rąk. Co z tego, że czasami nie ma wody. Ani mydła.

POLECAM LEJKI, ŻAŁUJĘ ŻE GO NIE MAM (http://gogirl.pl/)

3 JESTEŚ BIAŁASEM

Pomijam fakt, że widać, że jesteś nietutejszy.

Jeśli jesteś biały w Meksyku, to znaczy że jesteś BOGATY DO GRANIC NIEPRZYTOMNOŚCI.

Są oczywiście Meksykanie, którzy wyglądają biało i mogliby uchodzić za Europejczyków. Kiedy Rafa poznał ludzi z AISEC, powiedział tylko: fresas. Czyli truskawki. Czyli bananowa młodzież na polski. Nie do końca mu wierzyłam, ale po 2 tygodniach naprawdę okazało się, że ci biali meksykanie z zielonymi oczami opływają w hajs i 4 ubery dziennie to dla nich nie problem. Im bardziej indiańsko/meksykańsko wyglądasz, tym większe prawdopodobieństwo że jesteś biedny.

A skoro nie jesteś Meksykaninem i jesteś biały, to na pewno jesteś albo z USA, albo z Francji, albo z Niemiec. Czyli masz hajs. Czyli trzeba ci wcisnąć wszystko, co tylko można.

Punkt drugi bycia białym: jako że biali są „lepsi”, bardzo popularnym obrazem kobiety idealnej jest

53091dbe0752b97c3c482654d912134d.jpg

 

PLUS-SIZE-MODEL-342548.jpg

Białe. I najlepiej blond. Z dużą pupą. W telenowelach w telewizji mnóstwo aktorek właśnie tak wygląda. Jeśli spojrzy się na świerszczyki, to na okładkach nie ma gorących latinas – są blond białasy. Do tego Europejki są często postrzegane jako rozwiązłe seksualnie. Dlatego kiedy idę ulicą i czuję na sobie TODOS ME MIRAN wzrok ze strony facetów, to zawsze o tym myślę, i zastanawiam się czy też myślą w tym momencie o świerszczykach pełnych białych lasek i czy wpasowuję się w pożądany wzorzec. W metrze staram się o tym nie myśleć, bo nie jeżdżę wagonem dla kobiet, więc

 

mAKsD1N.gif

 

No i chyba nie muszę mówić o tym, że wszystko tutaj jest 4 razy ostrzejsze niż SUPER HOT danie w jakiejkolwiek restauracji.

 

 

Standard
Uncategorized

Weekend muzeów

Nie pisałam, bo wiecie, projekt lejdi sam się nie obejrzy, nowy Harry Potter sam się nie przeczyta a dzieci same się nie zabawią, bo są nierozgarniętymi pachołami które tylko wrzeszczą bo mają mniej niż 10 lat. Tak – ja tutaj sobie nie wakacjonuje. Tylko dzień w dzień zabawiam dzieci, co jest wycieńczającą pracą. I dlatego wszyscy po powrocie do domu idą spać.

Ja nie, bo chodzę spać przed 23. Ja pakuję. Spalam jogurt „naturalny”, który smakuje jakby miał co najmniej łyżkę stołową cukru i wszystkie conche z cajetą które zjadłam od przybycia tutaj. (Jakby co, concha to taka specjalna słodka bułka, a cajeta to taka jakby karmelowa nutella zrobiona z koziego mleka, która smakuje bardzo podobnie do norweskiego brunost!!!!)

Jednak w weekend mamy wolne. Razem z Li postanowiłyśmy odpuścić sobie wycieczkę do Huasteki, żeby móc pochodzić po muzeach. Zrobiłyśmy listę z 6 muzeami, posprawdzałyśmy dojazdy, godziny otwarcia, wszystko, i stwierdziłyśmy że we dwie damy sobie radę.

NIE

Rano Pancho stwierdził, że jedzie z nami, bo przecież jesteśmy dwoma dziewczynkami i on by się źle z tym czuł. I nie chce zostawać sam z Alejandro. I nie chce siedzieć w domu w sobotę. Ale głównie to się o nas martwi. Jedyne co przeleciało mi przez głowę to to, że on chodzi mega wolno i to będzie kolejne mexican experience, więc ostrzegłyśmy go, że chodzimy szybko. I wchodzimy do muzeów tak czy siak, nieważne czy ma kasę i ochotę. Przytaknął, więc wsiedliśmy do „zaufanej taksówki” i ruszyliśmy w drogę do miasta za jednyne 180 pesos (36 zł) za więcej niż godzinę jazdy.

Była to więcej niż godzina, bo kierowaca zamiast jechać drogą szybkiego ruchu wybrał trasę przez najmniejsze pipidówy Whiskeylucan. Pełne spowalniaczy i zakrętów i spowalniaczy na zakrętach. Z tyłu z głośników leciał non-stop jeden dźwięk – CZCZCZ CZCZCZ CZCZCZ CZCZCZCZ, który w połączeniu z jazdą, moimi kolanami wciśniętymi w maskę samochodu i nie do końca się tam mieszczącymi doprowadzały mnie na skraj rozpaczy/śmierci/rozpoczęcia serii wymiotów. No ale w końcu dotarliśmy i kierowca wyrzucił nas przy Bosque de Chapultepec i ruszyliśmy do Muzeum Sztuki Współczesnej, które było super. Jakby co, parę fotek, żebyście wiedzieli że meksykańskie malarstwo to nie tylko Frida Kahlo i Diego Rivera.

13936995_10206466405368186_1308797240_n

13941071_10206466409528290_517255668_n

13900977_10206466405648193_656865457_n

13884296_10206466412488364_1650670626_n

13706261_10206466401008077_824264801_n

13884394_10206466409288284_2078344347_n

W czasie kiedy my zwiedzałyśmy, Pancho siedział i cierpliwie czekał na nas przed muzeum. Na nic prośby, żeby się przeszedł po parku. Następne na liście było muzeum starych zabawek, do którego trzeba było podjechać metrem, ale zdążyliśmy już trochę zgłodnieć. Postanowiliśmy (pod moją komandą) udać się do restauracji wegetariańskiej na ulicy Varsovia – czyli lokalu stworzonego dla mnie. Dotarliśmy tam o godzinie 12.45. Po 5 minutach przyszedł nasz kelner – Angel i oświadczył, że mamy do wyboru tylko menu śniadaniowe.

– Kiedy zaczyna się normalne menu? – pytam.

– O pierwszej – mówi Angel, a ja patrzę na zegarek. Jest za 10. Nie do końca kminię o co chodzi, bo myślałam że meksykański czas jest bardziej płynny niż tej polski, ale te 10 minut to był duży problem. Przeczekaliśmy je zamawiając soczki i kawkę, a w punkt 1 Angel przyniosł nam menu. I zniknął.

Mija 5 minut. 10. 15. Angela jak nie było, tak nie ma. W olbrzymim lokalu oprócz nas trzy pary. Mija 20 minut. I wtedy zjawił się Angel.

Li myślała, że już zamówiliśmy, ale nie. Złożyliśmy zamówienie i Angel zniknął na kolejne 15 minut.

A potem 20. A potem już dostaliśmy jedzenie, które było pyszniutkie, ale było już po drugiej, a żeby poprosić o rachunek, trzeba było znaleźć Angela. Który zniknął w czarnej dziurze.

Powiem tak: to nie tak, że ta restauracja to był wyjątek. MEKSYKANIE SĄ ŚLAMAZARAMI BOŻE JACY ONI SĄ WOLNI we wszystkiiiiimmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm

REAL LIFE MEXICAN IN ACTION

Więc następnie w niemeksykańskim tempie udaliśmy się do stacji metra. I tam przekonaliśmy się kto jest samcem alfa tej wycieczki.

JA

Bo tylko a) tylko ja jechałam wcześniej metrem, b) tylko ja potrafiłam się w nim zorientować, bo moim zdaniem jest lepiej oznakowane niż przeklęte rondo pod Rotundą, c) JUŻ NIC MNIE TU NIE ZDZIWI. Myślałam, że Pancho – nawykłego do bycia Latynosem i Li – jeżdżącą chińskim metrem też nie. Niestety, myliłam się.

Nie mogliśmy zapakować się do wagonu dla kobiet, bo był z nami Pancho, więc ustawiliśmy się przy wagonie męskim. I to w sumie wystarczyło, żeby wsiąść. Jechaliśmy linią różową, która biegnie wzdłuż bardzo popularnego Paseo de la Reforma, w sobotę, o 14. Stan zatłoczenia: indyjski pociąg. Kiedy metro się zatrzymało, zostaliśmy we trójkę agresywnie wepchnięci do wagonu. Ktoś trzymał się mojego biodra, żeby nie upaść. Mnie to nie zdziwiło, bo wiedziałam że jest tłoczno, i nie było gorzej niż w krakowskim tramwaju jadącym na zakończenie Festiwalu Muzyki Filmowej. Jednak kiedy spojrzałam na Pancho i Li, jednego uczepionego drugiego, w ich oczach ujrzałam pierwotny strach i przerażenie rozszerzające źrenice do rozmiarów spodków. Kiedy zatrzymaliśmy się na Salto de Agua, tak jak zostaliśmy wepchnięci do wagonu, tak teraz zostaliśmy z niego wypchnięci. Ale musieliśmy się przesiąść. Jak jednak się okazało, linia zielona nie była tak zawalona masą ludzką jak różowa, więc kolejne 2 stacje przejechaliśmy w spokoju.

Muzeum było dość creepy i nie do końca mogłam się utożsamić z wzdychającymi z nostalgii Pancho i Li, bo nie było tam radzieckich zabawek.

13936979_10206466411368336_1973319561_n

13874935_10206466404968176_882182538_n

Z muzeum – o zgrozo – musieliśmy udać się do centrum metrem. Wysieliśmy przy Bellas Artes i udaliśmy się na szybką rundkę po Palacio Postal i Muzeum Narodowym.

13936639_10206466412048353_1049935389_n

I jakimś cudem była już 17, więc spokojnym spacerkiem udaliśmy się do meksykańskiego Chinatown (czyli jakiejś pół ulicy), zjedliśmy chińskie pampuchy, Li kupiła pałeczki, po chińsku załatwiła kilka spraw.

13931425_10206466410328310_1260212539_o.jpg

W deszczu ruszyliśmy na największą atrakcję wieczoru: LUCHA LIBRE!

13672146_10206466404888174_919512788_n.jpg

13933399_10206466410288309_703906655_n

W 11 osób wpakowaliśmy się do jednego kombi (nie pytajcie jak, dla mnie to już normalka) i podjechaliśmy pod arenę. Jakby co, to nie była posh arena, tylko arena w bardzo złej dzielnicy, do tego bardzo blisko Tepito (czyli NAJGORSZEGO MIEJSCA EVER na którym można sprzedać wszystko oprócz godności [czyt. nerki, dzieci, nielegalną broń i prochy] i kiedy wysiedliśmy z samochodu, Big Lalo powiedział, żeby się nie odzywać i iść bardzo szybko. Tak więc zrobiliśmy i już po 5 minutach oglądaliśmy najdziwniejszy spektakl jaki widziałam od czasów krakowskiej adaptacji „Do Damaszku”.

Czułam się trochę jakbym oglądała sztukę teatralną w obcym języku, bez uprzedniej znajomości jej treści, kontekstu ani konwencji. Przez pierwsze 20 minut widziałam tylko facetów w kusych strojach rzucających się po ringu i kopiących się po jajach na różnorakie sposoby, ale z czasem zaczęłam doceniać konwencję. I wtedy to było całkiem interesujące. Lalo wytłumaczył mi, że zawsze są dwie drużyny: bad guys i good guys. Ci dobzi wyglądają jakby urwali się z RuPaul Drag Race, minus cycki i makijaż i plus maska na twarzy, a ci źli jak wyuzdani goci. Dużo brokatu, rzeczy narysowanych na kroczu, dużo spandexu i DUŻO KOPANIA PO JAJACH. Naprawdę. Gdyby to była gra, mogłaby nazywać się

KTO PIERWSZY I W NAJBARDZIEJ WYMYŚLNY SPOSÓB DOTKNIE CZYJEGOŚ PENISA.

Była to również jedna z najbardziej gejowskich rzeczy jakie widziałam w moim życiu. A widziałam naprawdę dużo.

13874708_10206466405688194_1401859611_n.jpg

Do domu wróciliśmy koło 11 (uprzednio idąc do samochodu marszobiegiem, patrząc pod nogi i nie odzywając się ani słowem) i od razu walnęliśmy się do łózia, bo o 7.45 Lalo zabierał nas na kolejne zwiedzanie.

Ale w momencie kiedy otworzyłam oczy, wiedziałam, że to nie będzie mój dzień. Bo byłam chora. I gdybym pisała po angielsku, to bylibyście pod wrażeniem mojej gry słów, bo byłam homesick, czyli włączyła mi się straszna tęsknota za domem.

No ale nic. Pakujemy się do kombi, tym razem tylko w 6 osób. Pierwszy na liście był Castillo del Chapultepec, czyli zamek w tym samym parku w którym byliśmy wczoraj. O dziwo, pracownicy uwierzyli że jestem Meksykanką i tylko Li miała problem z wejściem za darmo – tutaj zabrzmiewa fundamentalny śmiech wydobywający się z moich trzewi. No i co – zamek to zamek, były ciekawe wystawy, ładne widoczki na miasto, ciekawe anegdotki, ALE CO Z TEGO, SKORO JA CHCĘ DO DOMU. Poza tym, jestem na detoksie kawowym i tego dnia brak kofeiny dał mi się naprawdę we znaki i po zamku snułam się jak Prawie Bezgłowy Nick po Hogwarcie, czując że zaraz osunę się na podłogę i zacznę płakać.

13918633_10206466414408412_2001843936_o

 

 

13900592_10206466413408387_1311772688_n

13900455_10206466415688444_466860956_n

13874852_10206466414368411_1698864219_n

13883763_10206466415368436_1335805638_n

Potem podjechaliśmy do domu Fridy Kahlo, w którym zastaliśmy…

KOLEJKĘ. Pamiętacie kolejkę do piramidy? To była taka kolejka po bilety. Spędziliśmy w niej 1,5h. W domu o wiele mniej (jeśli nie liczyć czekania jakieś 30 minut na Pancho, który zagubił się w czasoprzestrzeni). No i co – muzeum jak muzeum, interesujące, bo Frida to interesująca kobieta, ale imho było trochę za mało o jej feminizmie; ładne i meksykańskie, ALE CO Z TEGO, KIEDY JA CHCĘ DO POLSZY.

Jako że w muzeum zeszło nam jakieś 3 godziny – przez czekanie po bilety i czekanie na Pancho – zamiast zwiedzać dalej, udaliśmy się po spacer po Coyoacan, czyli hip dzielnicy CDMX. Zaszliśmy na jeden market, żeby się posilić. Trafiliśmy to bardzo przyjemnej knajpki, której pracownicy mieli na fartuszkach Małą Syrenkę bądź Sebastiana i który specjalizował się w owocach morza. Wiem, że sobie myślicie „co za idiotyzm, na pewno następnego dnia srali na kilometr” ale informuję was że NIE! Wszystko było w porządku. Za 100 pesos (20 zł) dostaliśmy 3 dania, deser, napój, zagrychę w postaci buły i krakersów. Bardzo wesoły pan właściciel postanowił nam również odśpiewać hymn tego ryneczku, napisany przez jego skromną osobę. Szybko wydał 3 filety rybne, chwycił za chochlę i za pokrywkę od garnka, walnął w nią parę razy, powitał swoich przyjaciół z Chile, Kolumbii, Chin i Polski i zaczął śpiewać:

Potem ruszyliśmy na Mercado Artesanal, na którym nabyliśmy pamiątki, ale głównie to

CZEKALIŚMY

Bo David kupił sobie bęben, a bęben trzeba było nastroić.

13880255_1663114010675105_5406605973600857784_n.jpg

Co zajęło całą, pełną agonii godzinę, podczas której zaczęło lać. Serio, w życiu się tyle nie naczekałam co tego dnia. Po ponad półtorej godzinie opuściliśmy mury mercado, szybko zajrzeliśmy do kościoła i do lodziarni, i ruszyliśmy do domu.

ALE CO Z TEGO, SKORO TEN DOM TO NIE TEN DOM CO CHCĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘE CHLIP CHLIPPPP

BO JA CHCĘ DO POLSKI

Chcę jeść kartofle i pszenicę i gluten zamiast kukurydzy, chcę mieć stały dostęp do internetu, a nie przerywany, chcę przytulić K. i pogadać przez telefon z mamą, wziąć prysznic w naprawdę gorącej wodzie który będzie trwał dłużej niż 5 minut, pić wodę z kranu, jeść warzywa, nie musieć zbierać deszczułki żeby spłukać swoje siki kiedy jest wielka burza, pić normalną kawę a nie kurna KAFE LEGAL, być w tej samej strefie czasowej co moi znajomi i rodzina, rozmawiać po polsku, ubierać się w obcisłe ciuszki, wchodzić po schodach bez zadyszki, jeść jogurt który nie jest słodkim ulepkiem, móc dojechać do centrum miasta w mniej niż godzinę, nie widzieć już nigdy więcej Kolumbijczyka, zjeść wegańskiego burgera, pójść na siłkę, nakarmić wrony w parku, nie użerać się z bandą dzieciaków dzień w dzień, NO OGÓLNIE TO MOGŁABYM JUŻ WRACAĆ

ALE

MÓJ LOT JEST RÓWNO ZA 2 TYGODNIE I 1 GODZINĘ W MOMENCIE PISANIA

Co nie zmienia faktu, że już zaczęłam organizować miejsce w walizce. Wszyscy dostaniecie pamiątki (jak przelejecie mi hajs, huehue, nr konta na priv).

 

 

Standard
Uncategorized

4 rzeczy, które mnie wkurzają w Meksyku i do których nigdy się nie przyzwyczaję, bo myślę że są fundamentalnie złe

Dzisiaj Kamil napisał do mnie, jak traktuje mnie Meksyk. No i w sumie traktuje mnie dobrze, miałam tylko jedną średnio przyjemną sytuację. Ale są rzeczy, które niemożebnie mnie wkurzają, i nie jest to tylko ruszanie się jak muchy w smole i chodzenie jeszcze wolniej. Sorki, ale ten post będzie w dużej mierze rantem na to, co naprawdę mi przeszkadza i co uważam za szokujące (prawdopodobnie jako przybysz z UE do kraju trzeciego świata, no ale jednak).

SKOŃCZYŁO SIĘ ŚMIESZKOWANIE

POWAŻNE SPRAWY

1 Jeżdżenie po alkoholu

Okej – mamy w Polsce bardzo niski próg %%% w wydychanym powietrzu i prawdopodobnie po jednej lampce wina nadal da się jeździć bezpiecznie.

ALE

Meksykanie poszli o krok dalej, a nawet odlecieli odrzutowcem na inną planetę, gdzie jeżdżenie po %% jest totalnie akceptowalne, a wręcz naturalne. Piwko podczas jazdy? Nie ma problemu. Drugie? No raczej. I zaznaczam, że to nie jest żadna patola, tylko ludzie z “dobrej rodziny” prowadzący szkołę. Nikt nie pisnął ani słowka, poza mną i Jojo, kiedy Daniel na chwilę wyskoczył z samochodu po puszeczkę. Gdybym miała pas, to bym go zapięła mocniej, ale niestety nasz kamion takich rzeczy nie posiada, a modlić się nie miałam do kogo, dlatego postanowiłam ten fakt zignorować, bo to nie pierwszy taki ewenement który przeżyłam.

Pierwszym ewenementem było pojechanie do Xochimilco, z którego miałam wrócić z Rafą. Rafa pyta mnie, czy chcę micheladę, po czym zamwia dwie. Trochę zbita z tropu pytam: CO TY ODSTAWIASZ PRZECIEŻ PROWADZISZ?! Rafa ze spokojem odpowiada, że tutaj to normalne, i nawet jak go policja zatrzyma, to nie będzie problemu z taką ilością, bo raz był bardzo pijany i dmuchał w balonik, i nic nie wyszło.

Jak już wspominałam, michelada ma 1,5l piwska. Fakt faktem, ja nic nie poczułam, ale Rafa jest połową mnie. Ale wróciliśmy cali. Rano na kacu zawiózł mnie do centrum.

Arturo zawiózł nas do domu po mohito. W końcu były na przecenie – grzech nie wypić. Lalito odwiózł nas do hotelu po bóg wie jakiej ilości alkoholu prowadząc samochód ze swoją dziewczyną na kolanach – dobrze, że to było jakieś 200 m.

Rozumiem, że meksykańscy kierowcy to inny level wtajemniczenia w prowadzenie samochodu, no ale DO JASNEJ CHOLERY!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!1111111111111

NIE CHCĘ UMRZEĆ W MEKSYKU

JAG VILL LEVA JAG VILL DÖ I NORDEN

2 TRAKTOWANIE ZWIERZĄT

Napiszę, bo nie wszyscy co to czytają znają mnie osobiście (w końcu jestem celebrytką) – jestem wegetarianką. Nie jem mięsa, ryb, owoców morza, i tak, szynka i parówki to też mięso (wbrew hiszpańskim i latynoskim koncepcjom mięsa). Nie piję też mleka i unikam jajek i innych produktów mlecznych i jem miód na potęgę, więc nie jestem weganką, ale nie kupuję kosmetyków testowanych na zwierzętach i staram zwracać się uwagę na te kwestię przy kupnie innych rzeczy. Prawdopodobnie potraficie się domyślić, że jeżeli ograniczyłam swoją dietę o tyle produktów, to mam ku temu swoje powody i są one dla mnie dość ważne. Nie chcę tutaj robić żadnej wegekrucjaty, ale jednym z powodów dla których to zrobiłam jest to, że uważam że zwierzęta też zasługują na przyzwoite traktowanie.

Jeśli uważacie tak jak ja, to przyjedźcie do Meksyku z zaćmą, pernamentną ślepotą albo opaską na oczy.

Od samego początku widziałam rzeczy, które mi przeszkadzały. Psy na łańcuchach krótszych niż moje przedramię. Ptaki w tak mikroskopijnych klatkach, że nie nadawałyby się nawet dla wróbla albo zeberki. Papużki w szkole traktowane są tak, że mam ochotę wszystkie wypuścić. Wszystkie sklepy zoologiczne są jeszcze gorsze niż w Polsce. Normalnie kupuję jajka 0 – LOL, powodzenia ze znalezieniem ich tutaj, znalazłam tylko organiczne, czyli z ograniczną karmą, ale ani słowa o warunkach kur.

Ale nic nie było dla mnie tak dużym szokiem, jak impreza miasteczka. Szczerze to było to jak walnięcie obuchem w skronie, i aż się rozpłakałam.

Na ferii było mnóstwo gier hazadrowych – wrzuć piłkę do kosza 3 razy, to wygrasz dużego misia, zestrzel coś, to dostaniesz bransoletkę etc. Jedną z gier było zestrzelenie balonika, z którego wypadał numerek. I wszystko było spoko, dopóki nie zauważyłam jakie nagrody można wygrać.

Z numerem 18 – akwarium średnich wymiarów, przepełnione małymi kurczaczkami na wysokość co najmniej dłoni. Kurczaczki oczywiście nie były zwykłe, żółte, bo takie są za mało atrakcyjne! Trzeba było je pofarbować na fiolet, róż, czerwień, zieleń, ostry pomarańcz, jaki kolor sobie tylko można zamarzyć. Po wygranej oczywiście można kurczaczka zabrać do domu i prawdopodobnie po 3 dniach spuścić w kiblu, bo po co komu toto na dłużej.

Obok kurczaczków: klatka wielkości średniego garnka z dwoma królikami siedzącymi na sobie. Obok królików – akwarium mniejsze niż te od kurczaków, z jakimiś 15 krabami. Potem przestałam patrzeć.

3 ZDROWE JEDZENIE

Okej – wiem że nie jem dużej ilości rzeczy. Ale Li i Carolina jedzą wszystko. I cierpią razem ze mną.

Nasze śniadanie to CODZIENNIE słodkie bułki. Ewentualnie hotdogi. Ewentualnie quesadille. Ewentualnie naleśniki. Ewentualnie wszystko na raz. Czasami są też owoce, na które rzucamy się jak wieprze na perły, ale czasami owoców nie ma i jest “zastępstwo” – galaretka.

Całe jedzenie które tutaj konsumujemy to wielki korowód tłuszczu i mocno przetworzonych węglowodanów. I majonezu. Mnóstwa majonezu. Mój brzuch z sześciopaku przemienił się w 6 litrową butlę.

Na szczęście kolację robimy sobie sami, więc wczoraj w Wallmarcie we trójkę rzuciłyśmy się na zdrowe żarcie: WARZYWA!!!!!!!!!!!!!!! OWOCE!!!!!!!!! Ja rzuciłam się również na wszystko, co ma dużą ilość białka, bo bez mięsa zostałam całkowicie pozbawiona tego składnika odżywczego, poza tłustym serem i okazjonalną fasolą w quesadilli. Nigdy tak bardzo nie cieszyłam się na widok szparagów i quinoi, za jakąkolwiek cenę.

Ale, szczerze mówić, znalezienie rzeczy na które miałam ochotę nie było takie łatwe. Półka “zdrowe żywienie” w Wallmarcie składa się na zieloną herbatę i organiczne nasiona chia za 50 zł. W desperacji kupiłam jogurt naturalny – słodki jak ulepek. Bo wszędzie jest

TONA CUKRU

a jak nie ma tony cukru to są

DWIE TONY SOLI

Poza tym, nie ma żadnych wymagań co do żywności w sklepikach szkolnych, a jeżeli są, to moja szkoła ich nie stosuje, bo jedynymi rzeczami do kupienia w szklepiku szkolnym są słodycze, tudzież czipsy, i ogólnie rzeczy które mają co najmniej 506u737 kalorii w 10 gramach.

A potem ludzie się dziwią, że Meksykanie są grubasami, a ja się dziwię, że wg ich standardów jestem chuderlakiem i powinnam jeść o wiele więcej.

Jakby co, żeby znaleźć coś co pomieści moje uda, muszę znaleźć rozmiar 42+.

THUDER THIGHS SAVE LIVES THO

4 ŚMIECI

Jednym z powodów przez które jestem wegetarianką jest zmniejszenie mojego wpływu na środowisko. Wiecie co ma zły wpływ na środowisko?

ŚMIECI

Okej, nie jestem zero waste, ale jak widzę co Meksykanie wyczyniają – zwłaszcza mając porównanie ze Szwecją – nie wiem na co bardziej mam ochotę: na wypakowanie moich 9 produktów z 4 toreb i zapakowanie ich do jednej, ekologicznej; podpalenie Wallmarta; czy zalanie się tabasco i Valentiną w ramach protestu.

Chyba wszystko na raz.

Wczoraj podczas zakupów w Wallmarcie 6 z nas przyniosła do domu 27 torebek z plastiku. Każda gratis. Nie, nie takich jak w Biedrze czy w Kerfie które służą do wkładania pomidorów: chodzi o torebki na zakupy. Małe. Dlatego wchodzą w nie (wg osoby pakującej) tylko 3 produkty.

Recycling? Widziałam tylko raz. Śmieci w lesie? No chyba proste. Plastikowe widelczyki w domu? WIDZIAŁAM NIE RAZ

JAK MOŻNA BYĆ AŻ TAK NIEODPOWIEDZIALNYM

VOLOUNTARY HUMAN EXTINCTION MOVEMENT

Wiem, że w Polsce nie jest idealnie, ale jednak lepiej. Dlatego od trzech dni siedzę na blogach zero waste i biję się w pierś, że przez ten miesiąc wyprodukowałam tyle śmieci, co przez ostatnie pół roku normalnie.

Rant over. Następna notka znowu będzie śmieszna!

PS. NIE JEDZCIE MIĘSA BO TO ZŁO

 

Standard
Uncategorized

Wycieczka z Lalito

O 10 mieliśmy się spotkać z Lalo, żeby zjeść śniadanie i wyruszyć dalej.

O 9:40 Lalito wparował do naszego pokoju i z niewiadomych powodów oznajmił, że weźmie prysznic. Bo już poprosił o ciepłą wodę i ją włączyli. Jako że wszyscy byliśmy w gotowości do wyjścia, bo nie chcieliśmy spędzić w hotelu ani sekundy dłużej, bo był okropny. W nocy było tak ciemno jak bunkrze. Machnęliśmy więc ręką na Lalito i poszliśmy na śniadanie.

Śniadanie w tym wypadku to w wypadku wszystkich innych to tacos, a w moim – tlacoyos. I teraz dochodzę do jądra sprawy. Do ody do tlacoyos.

TACOS SĄ PRZEREKLAMOWANE

TLACOYOS 4 LIFE

Aha, żeby nie było – taco to nie to, co sprzedają w Tacamole. Taco nie jest w chrupiącej tortilli, która łamie się przy pierwszym gryzie. To tortilla z mięsem. I tyle. Moim zdaniem nie różni się za bardzo od wszystkiego innego co jest w podane w tortilli, no ale okej.

NATOMIAST TLACOYOS MAJĄ OSOBOWOŚĆ!!!!!!!!!!!!!!!!!!! I SMAK

Tlacoyo to masa z kukurydzy (duh), niebieskiej, nadziana bobem, twarogiem, fasolą, z toppingiem z mięsa, sera, czego sobie zażyczysz co mają w sklepiku, polane pyszną salsą.

CZY MOŻE BYĆ COŚ LEPSZEGO NA ŚNIADANIE NIŻ TLACOYO Z REQUESONEM??? CHYBA NIE

Co prawda za pierwszym razem, kiedy zobaczyłam tlacoyos, myślałam że to wypiek gliny, bo nie wiedziałam że istnieje niebieska kukurydza.

tlacoyo.PNG

MUMS

Kiedy już się zabraliśmy z tamtąd i powróciliśmy do hotelu o 10.10, pani powiedziała am że Morenito poszedł w tamtą stronę. Ruszyliśmy więc do sali imprezowej, bo odbywało się tam “śniadanie” (czyli dojadanie resztek mole z dnia poprzedniego). Tam odkryliśmy, że Lalo tam nie ma. A telefon ma wyłączony.

No to co? Czekamy.

13702288_10206369520226118_1982142816_o (1)

Po 40 minutach chodzenia i zastanawianie się, gdzie jest Lalo (co było tematem przewodnim dnia), Pancho poszedł do hotelu i przyprowadził go. Po czym Lalo wdał się w dywagacje i rozmowy ze swoją rodziną, w tym pokłócił się ze swoim bratem, który miał nam dać samochód. Wszystko trwało jakieś kolejne pół godziny, a my w międzyczasie zdążyliśmy już pożegnać się ze wszystkimi jakieś 3 razy, bo co 10 minut myśleliśmy, że już idziemy.

Kiedy w końcu wyruszliśmy, była jakaś 12, no, może przed. Poszliśmy na przystanek autobusowy, tzn. w miejsce w którym miał być przystanek. Po 10 miutach okazało się, że jednak to nie tu – przenieśliśmy się więc w inne miejsce, tak samo nieoznakowane jak poprzednie. I stoimy. Stoimy. Czekamy.

13728288_10206369519706105_1187494080_o

Lalo powiedział, że miejsce do którego jedziemy jest oddalone od przystanku o 20 minut. Po 20 minutach włożyłam słuchawki i zaczęłam się bujać do Krzysztofa Krawczyka, bo “Parostatek” jakoś pasował do zmieniających się za oknem górzystych krajobrazów i połaci kukurydzy. Minęło 20 minut. Minęło 30. Twarz Lalo pozostała kamienna (prawdopodobnie dlatego, że skupiał się na tym, żeby nie zwymiotować). Koło 40 minuty zaczęło się robić poruszenie, bo mieliśmy w końcu wysiadać.

13711737_10206369519266094_201765055_o

13720487_10206369519946111_2060948895_o

Wysiedliśmy w Chalmie, gdzie jest wielkie drzewo i rzeka, która podobno jest święta więc wszyscy się nią oblewali i dotykali korzeni drzewa. Wiccan. Byli też panowie bez koszul z obwisłymi cycuszkami i bardzo źle wytatuowaną panienką z Guadelupe na plecach, którzy myśleli że jestem z Francji.

13694027_10206369521626153_334477082_o13711456_10206369521426148_496798690_o13699577_10206369521746156_1991709228_o

 13692207_10206369520146116_898342369_o

Kupiłyśmy też wianki, żeby mieć swoje meksykańskie Midsommar.

13728479_10206369521946161_1176679023_o

Przy drzewie było fajnie, można było kupić mango na patyku, granata w kubku, 1,5 litrową micheladę, co kuzynka Lalo poczyniła, szitowe pamiątki, i w sumie to chcieliśmy zostać, ale Lalo powiedział z groźną miną:

IDZIEMY

Jak się okazało, naprawdę miał to na mysli, bo chciał od drzewa do kościoła iść na piechotę. Według Lalo zajęłoby to koło 1,5h, czyli prawdopodobnie trwałoby tyle co wędrówka do Mordoru. Był straszny skwar, my ubrani na zimny klimat i obładowani torbami skrzywiliśmy się na ten pomysł, no ale dobra.

Lalo nie uszedł 10 metrów, kiedy stwierdził, że jednak pojedziemy taksówką. Może dlatego że mu się nie chciało, może dlatego że naszą drogą była droga samochodowa bez chodnika, meandrująca między zboczami gór. Kiedy w końcu udało nam się złapać jakąś taksówkę, zaczęłyśmy się z Jojo zastanawiać, jak zmieścimy się w 7 osób do taksówki: już tu jechałam w tyle do Xochimilco, ale taksówką? Drugiej nie widać. W między czasie kuzynka i jej dziewczyna zamieniły parę słów z taksówkarzem i wpakowały się obie do bagażnika. I go nie zamknęły.

Cała reszta wpakowała sie na tylne siedzenie, a ja na przednie, bo mam najdłuższe nogi i największy tyłek. Taksówka, która i tak miała swoje lata, opadła jeszcze bardziej w dół, jeszcze bardziej niż ta z dnia poprzedniego, tak że na spowalniaczach niemiłosiernie rzęził metal. No ale dotarliśmy. Laski z bagażnika też. Co prawda po zapłaceniu taksówka nie chciała zapalić, ale szybko się ulotniliśmy w labirynt pokręconych uliczek prowadzących do kościoła.

W uliczkach można było kupić wszystko: dużego Jezusa, małego Jezusa, Jana Pawła, piwo, jedzenie, pamiątki, fluorescencyjne różańce, majtki z wbudowanym kondomem (nie pytajcie) i wiele innych rzeczy w bardzo przystępnych cenach. Lawirowaliśmy tam z dobrą godzinę, bo droga była długa, a skwar niemiłosierny i bez agua del limon się nie obyło.

W końcu dotarliśmy:

13717951_10206369523066189_2054243674_o13709586_10206369522946186_1474194667_o

Żeby wejść do kościoła, trzeba było zostawić wianek, więc nie weszliśmy.

13720570_10206369522906185_2004322469_o

Makieta przy kościele jest od taksówkarzy.

Gdy staliśmy i strzelaliśmy foty, podszedł do nas starszy pan z dziwnym pudełkiem z dwoma uchwytami. Okazało się, że to generator prądu, a uchwyty się chwyta jędną ręką, a drugą chwyta się kolegę lub koleżankę. Kolega lub koleżanka chwyta innego kolegę lub koleżankę, im więcej tym lepiej, a potem pan przyciska guziczek i puszcza prąd przez utworzony ludzki łańcuszek.

WYŚMIENITA ZABAWA DLA CAŁEJ RODZINY!!!!

Jakby co, za każdym razem pan zwiększa ładunek. Żeby nie było zbyt nudno. A potem trzeba było mu zapłacić.

Wkrótce ruszyliśmy w dalszą drogę do terminalu autobusowego, tym razem pod górę. Po drodze jeszcze więcej Jezusów, papieży, jedzenia (w tym wyglądającej jak naleśnik prażonej świńskiej skóry, którą kupiłam przez pomyłkę). Tuż przy przystanku Lalo, David i kuzynka kupili sobie po micheladzie, którą potem musieli wyduldać w miarę szybkim tempie, bo nasz autobus odjeżdżał za jakieś 20 minut. Jakby co, michelady mają 1,5l. Te miały też krewetki.

13728253_10206369522866184_1880915188_o

Papież w barze

Lalo stwierdził, że wrócimy w jakieś 2 godziny. Zajęło to coś koło 3,5. Wspomnę, że 1o minut obsuwy było przez Lalito, bo autobus musiał się zatrzymać w szczerym polu. W celu wydalenia resztek michelady.

Standard
Uncategorized

90. urodziny babci Lalito

(na początku chciałam podziękować językowi polskiemu, za to że nie muszę się babrać z apostrofami i s- dzierżawczymi, ani żadnymi 90. Cumpleanos de la abeula de Lalo, tylko mogę wszystko załatwić przypadkiem [sic])

W sobotę były 90 urodziny babci Lalito. Lalito jest jednym z 5 Eduardo których tu poznałam, ale integrujemy się głównie z 3 z nich. Żeby ich rozróżnić, nadaliśmy im pseudonimy: Big Lalo, Black Blazer Guy Lalo i Lalito. Bo jest najbardziej metroseksualny nie tylko z Lalów, ale także z naszych znajomych. Ever. Lalito wygląda jakby miał 15 lat, bo jest chudziutki i niski, a do tego ma aparat na zębach. Ale do rzeczy.
Lalito zaprosił nas na urodziny swojej babci Rosy do innego miasta, „jakąś godzinę od Whiskeylucan”. No dobra, umówiliśmy się na 10 pod szkołą, że pojedziemy jego samochodem.

10.10. Z wolna dochodzimy pod szkołę. Lalito brak. No dobra – jeszcze nie ma tragedii, czekamy. 10.20. 10.30. Lalito nie odpowiada na Whatsappy, w końcu odebrał telefon. Już jesteśmy? To ci niespodzianka. On zaraz będzie, ale czy możemy podejść pod główną drogę, bo tak będzie bliżej? Przy drodze czekaliśmy na niego kolejne 15 minut. W końcu się wyłonił.

Pieszo.

Nakrzyczeliśmy na niego, że się spóźnił 45 minut, na co Lalito odparł „układałem sobie włosy”. Lalo ma wyczesaną grzywę, która wygląda jakby spał na swoich włosach, i jest bardzo wrażliwy na ich punkcie. Nakrzyczeliśmy również na niego, dlaczego jest bez samochodu – ze spokojem odparł, że pojedziemy taksówką, tylko musimy na nią poczekać, bo ona już jedzie!

5 minut. 10. 15. Lalo, na jaką taksówkę czekamy? Bo przejechało już 5. Lalo odpowiada: nie, to mój kolega. Po 20 minutach podjechał kolega, samochodem tak zjechanym, że Xzbit nie powstydziłby się tak niskiego zawieszenia. Zapakowaliśmy się do środka – ja z przodu, Lalito, Jojo i Pancho z tyłu. Żeby umilić nam drogę, Lalito, żeby dowieść nam że nie jest gejem, z dokładnymi szczegółami opisał nam jakie piersi lubi najbardziej (ale żeby nie było, to my z Jojo zaczęłyśmy ten temat). Mam nadzieję, że kierowca nie rozumiał angielskiego, bo rozmowy naprawdę wchodziły w klimat pokoju zwierzeń.

Po 15 minutach jazdy zgarnęliśmy Davida ze sklepu z alkoholem (bo na drogę trzeba kupić alkohol, no nie?). Jako że nie było już miejsca, David z Lalito ścisnęli się razem na przednim siedzeniu (bo „są bardziej kompaktowi niż my”) i po 5 minutach od ruszenia otworzyli swoje driny. Zawieszenie samochodu obniżyło się jeszcze bardziej, tak, że przy przejeżdżaniu przez większe wałki podłoga szorowała o beton.

Jakby co – dojechaliśmy bez szwanku. Tylko że z jednej godziny jazdy, zrobiły się 2,5. Miasteczko nazywało się San Nicolas Cuatepec i w moim mniemaniu składało się z jednej długiej drogi i sklepików zgromadzonych przy niej. Pojechaliśmy od razu do sali zabaw – większej niż sala gimnastyczna mojej podstawówki. Wtedy też poznaliśmy siostrzenicę, tatę, brata, siostrę, wujka, drugą siostrę, kuzyna, bratanka, kuzynkę, stryjka, inną siostrzenicę, męża 1 siostrzenicy, i pierdyliard innych osób, bo Lalito ma 7 sztuk rodzeństwa. No i poznaliśmy 90-letnią babcię Rositę, która została moją idolką – odziana w róż, wyściskała nas, pośmiała się z nami pokazując swój 1 ząb, i nie minęła chwila, a poszła w tan, i zeszła z parkietu dopiero po jakichś 2 godzinach wywijania tańców tradycyjnych ze swoim zespołem, cumbii i salsy. Wszyscy byli pod wrażeniem.

13621858_10206363758242072_1778151626_o13699407_10206363757122044_1415448076_o

 

Co prawda była godzina 15 (a Jojo już zgonowała po 2 drinkach 5%), więc impreza się średnio rozkręcała, bo jeszcze nie wszyscy przybyli (!!!). Dwóch wodzirejów jednak zagrzewało publikę, potem był występ kapelii grającej ulubione przeboje Rosity, i później znowu wodziereje wzięli się do roboty. W międzyczasie dowiedziałam się, że wyglądam jak Barbie (według grupki 8-15 letnich dzieci). I dopiero wtedy zaczęła się impreza. Oblewana 30 33-litrowymi beczkami piwa, litrami pulque, tequilą, whiskey, i bóg wie czym jeszcze.
W trybie natychmiastowym wyciągnięto nas na parkiet, tylko że z naszej trójki tańczyć umiał tylko Pancho. Z Jojo byłyśmy trochę zagubione wśród Meksykanów, którzy WSZYSCY bez wyjątku potrafią tańczyć. Dla nas podstawowe kroki były trudne, jeśli nie zawierały przestępowania z nogi na nogę, co nie przeszkadzało zmieniać nam partnerów raz na piosenkę. Pancho robił furrorę wśród ciotek. Lalito tańczył ze wszystkimi, poprawiając sobie włosy z obrót, z czego śmiali się wszyscy.

Tutaj należy też wspomnieć o tacie dziewczyny Lalo – najbardziej meksykańskim człowieku na świecie. Jego kowbojska stylówa mogłaby być tylko wzbogacona o kapelusz – bo miał buty z długim czubem, dzwony, włosy na klacie (w sumie to nie wiem, ale NA 100 PRO TAK), kręcone włosy, pasek z węża, jarał szlugi i pił równo, a potem był demonem tańca i pokazywał nam nadziwniejsze kroki jakie istniały. Babcia Rosita też nie próżnowała, bo potrafiła schodzić w dół z Pancho lub swoimi praprawnukami, oraz tańczyć reaggeton i twerkować.

13730738_10206363729281348_90277866_o.jpg

DON PADRE

Nie byłaby to prawdziwie meksykańska impreza, gdyby nie było na niej MARIACHI!!!!!

13728405_10206363742481678_1580855082_o13682359_10206363743241697_1537802753_o

 

(sorry za kiepskie foty, ale wiedzie, tam było z 300 osób a ja byłam rozemocjonowana)
Najbardziej zapamiętałam dwie piosenki: Mariachi Loco, podczas której wszyscy oszaleli. Zupełnie nie wiem czemu, ale właśnie znalazłam teledysk, które może co nie co tłumaczyć:

 

Podczas Mariachi Loco zostałam wypchnięta na parkiet, żeby wywijać razem z twerkującą babcią, ku uciesze wszystkich, ale jednak moim absolutnym faworytem było El mono alambre:

Ogólnie rzecz biorąc, tekst wymienia kolejne grupy osób (dopasowane do publiczności) i dodaje: que chiguen a su madre. Czyli bardzo złe meksykańskie przekleństwo. Pierdolcie swoją matkę. Zaczyna się dosłownie „witajcie panie i panowie, jak się dzisiaj macie, pierdolcie swoją matkę, chłopcy i dziewczyny”. Następne 5 minut to wielka improwizacją głównego mariachiego, który musi wszystko zarymować i dostosować się do otoczenia. W naszym przypadku matkę pierdolili ci którzy siedzą (co było trochę awkward-śmieszne, bo były 2 osoby na wózkach), ci na zewnątrz, ci co nie tańczą, kobiety w ciąży, dzieci młodsze niż 10 lat, blondynki (heh), obcokrajowcy (na co Jojo wyrwała mikrofon i swoim łamanym hiszpańskim powiedziała mariachim, żeby sami pierdolili swoje matki), ten, który poprosił o tę piosenkę (czyli Lalo, który odpowiedział, że swoją matkę może pierdolić ten, który to śpiewał), oraz el y su mascota w odniesieniu do Lalito i Davida.

(przepraszam, mamo)
Coś koło 22 wzięło mnie na straszny kaszel, więc poddałam się presji otoczenia. Od samego początku mojego kaszlu powtarzano mi, że jak tylko napiję się tequili z limonką, TO OD RAZU MI PRZEJDZIE!!!! JAK RĘKĄ ODJĄŁ. Brałam antybiotyk, więc grzecznie odmawiałam, ale tequila została moim ostatnim bastionem nadziei, bo ile bym w siebie nie wlewała syropu przeciwkaszlowego, psikała Tantum Verde i ssała tabletek, to myślałam, że się uduszę. Więc wychyliłam jedną tequilę i poczułam przyjemne ciepło w garle i jeśli mam mówić czy pomogło na stan obecny: POMOGŁO!! Przez cały dzień tylko troszę pokasłałam, co jest ogromnym sukcesem.

Jako celibrity, oczywiście musiałam pozować do jakieś setki zdjęć. No ale takie życie, nas, osób ważnych.
Po 12 poszliśmy na empanadas (i potańczyć do muzyki z budki), a potem do naszego hotelu się przespać, bo nie było takie łatwe bo a) nie mogliśmy wejść, bo właściciel spał, b) nie było w ogóle wody, c) nie było okien, d)było nas czworo w mikropokoju, który chyba ostatnio był sprzątany z miesiąc temu (piasek w łóżku??? Okruszki na dywanie??) i każdy z nas wydaje przez sen dźwięki. I spaliśmy praktycznie na jednym łóżku. Na początku ja kaszlałam, przez co David nie mógł spać, a jak zasnął, to chrapał, co obudziło Pancho. Pancho tknął Davida, przez co ten zachłysnął się powietrzem, co obudziło mnie i Jojo. Potem ja zasnęłam, więc nie wiem co się działo, ale okazało się że MÓJ SEKRET ZOSTAŁ ODKRYTY!

Dzień wcześniej dziewczyny zapytały mnie, czy śnił mi się mój chłopak, bo strasznie jęczałam przez sen w bardzo wymowny sposób. Powiedziałam, że nie, że śniła mi się Li sprzątająca nasz pokój. Tak czy siak, jęczałam też w naszym mikro pokoju i było słychać. Przez co inni nie mogli spać. Ups.

WNIOSKI TEGO DNIA:

1. Jeśli Lalito mówi, że coś jest 40 minut stąd, to będzie to ok. 2h godzin drogi.

2. Na pace w samochodzie strasznie trzęsie, zwłaszcza, jeśli nie można usiąść.

3. W Meksyku nie ma rzeczy niemożliwych jeśli chodzi o prowadzenie auta – 2 osoby na siedzeniu kierowcy? NO PROBLEMO AMIGO.

4. LALO JEST BARDZO WOLNY

5. Tequila jest lekiem na wszystko.

13728539_10206363744441727_1599840071_o

13720629_10206363755321999_942876361_o13709562_10206363730441377_1556590069_o

W następnym odcinku: nasza (wolna) wycieczka z Lalito do Chalmy. Bo post będzie za długi.

Standard