Uncategorized

NEU SANDEZ

Trudno jest mi wrócić do regularnego pisania, bo nie byłam w tym roku w żadnych Meksykach ani Szwecjach, w czasie zagranicznych włajaży chyba nic ciekawego się nie wydarzyło, więc trudno mi było wymyśleć co takiego mogłoby zainteresować innych ludzi. Może ta egzotyka jest bliżej niż myślę? Jakie jest dziwne miejsce, w którym bywam, albo w którym dzieje się co dziwnego?

I jak grom z jasnego dostałam olśnienia, może przez to że opary zawiązującego się smogowego centrum Europy zaczęły oddziaływać na wydolność mojego mózgu. Byłam akurat w Nowym Sączu i przechodziłam pod reklamą La Rocca, trójpoziomowej twierdzy rozrywki.

IMG_20170923_151714592

Stylowe miasto, stylowa ja

Dla Podlaskiej Dziewczyny™ takiej jak ja, pierwsza wizyta w Nowym Sączu była… źródłem wrażeń i niezapomnianej rozrywki. Zanim zawitałam do Sącza, tak średnio wiedziałam gdzie on dokładnie jest na mapie, i moja wiedza o mieście ograniczała się do “jakaś dziura na południu, blisko Rogasia”. Teraz mogę wam powiedzieć że przezwyciężyłam te krzywdzące stereotypy i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że Nowy Sącz jest wielowymiarowym zlepkiem wielu mas – trochę jak potworniak, taki guz złożony z włosów i zębów (nie wchodźcie w google images, albo w ogóle nie googlujcie, bo zrobi wam się niedobrze. Mówię o potworniaku, nie Sączu).

Żeby jakoś sensownie zaczepić się za ten temat zacznę od samego wjazdu do Nowego Sącza. Aby dostać się tam z Warszawy, trzeba odbyć podróż godną Dantego przez siedem krąg piekieł, jedna godzina na każdy krąg. Mniej problematyczną częścią jest przejazd pociągiem do Krakowa, schody (i ciarki) zaczynają się, kiedy trzeba przesiąść się na autobus o wdzięcznej nazwie SZWAGROPOL (lub Voyager). Najpierw trzeba się do autobusu jakoś dostać – w godzinach szczytu może być ciężko i człowiek staje przed trudnym dylematem, czy wsiadać i stać 2,5 godziny, czy jednak czekać na kolejny bus z nadzieją na wepchnięcie się.

Kiedy się usiądzie, nie jest jednak łatwiej, chyba że ma się 140 cm wzrostu. Myśleliście że Ryanair ma mało miejsca na nogi? Wolne żarty, Ryan w porównaniu ze Szwagropolem to klasa VIP+. Siedzenia są zrobione z nawet nie do końca wytartej szarej, skulkowanej tkaniny, która przesiąkła już duchotą na wskroś. Wolałabym nie opierać o to głowy, ale muszę. Okej, siedzimy, cieszę się że znam osobę obok, stopień splotu naszych nóg mógłby przyczynić się albo do oskarżeń o molestowanie, albo do poczęcia nowego życia. Wyjeżdżamy z Krakowa, jest korek i pada, z głośników leci radio Eska, a ja mam chorobę lokomocyjną i JUŻ jest mi niedobrze. Wiem, że wybrzydzam jak piesek francuski, ale żadna ilość narzekania i kręcenia nosem nie odda jak BARDZO, ale to BARDZO nienawidzę Szwagropola.

Szwagropol nie ma jednak wpływu na ukształtowanie terenu. Nowy Sącz leży w kotlinie. Pomiędzy są jakieś góry (na mój podlaski rozum, wszystko co wyżej niż 200 m.n.p.m to góra), więc Szwagropol krąży. Objeżdża wszystko co się da po drodze, a ja tylko odliczam: o nie, skończyła się autostrada, to jakieś 1,5h, Brzesko, jeszcze godzina tego koszmaru. Po Brzesku nadchodzi jednak moment krytyczny: sam zjazd do kotliny.

Bardziej rzygogenne są chyba tylko małe hiszpańskie wioski w górzystej południowej części. Kiedy Szwagropol zaczyna zakręcać, prostuję plecy i zaczynam dyszeć jak kobieta w połogu, żeby utrzymać krakowskiego obwarzanka w żołądku – nie jest to jednak dobry pomysł, bo w Szwagropolu śmierdzi. A Szwagropol mknie po serpentynie za serpentyną, wzdłuż i naokoło Jeziora Rożnowskiego (w którym podobno mieszkają sześcionogie żaby), a ja czuję jak wraz z każdym ciężarnym oddechem ulatuje ze mnie wola życia.

To jest oczywiście tylko level NOVICE. Przy ostatniej wizycie Szwagropol się postarał i zaserwował level NIGHTMARE.

withca

Po przekroczeniu drzwi już czuję, że zapaszek jest nieco bardziej wyraźny niż zwykle, że mimo że jestem w busie pół sekundy już wystąpił na mnie pot i gdy usiedliśmy na kochanych szarych siedzeniach potwierdziła się moja obawa – grzeją. Na maksa. Za zaparowanym oknem Szwagra 16 stopni. Tuż przy oknie jest grzejnik, rozgrzany tak, że nie można trzymać tam nogi. Klima nie działa. Powietrza nie ma – jest stęchlizna i dżuma. Nie no, myślę, tutaj tej serpentyny i Brzeska to ja nie przetrwam, wyzionę ducha – przesiadłam się na siedzenie z brzegu tuż obok. Z deszczu pod rynnę. Po 15 minutach poczułam swojski zapaszek kiełbasy, który prześladuje mnie w podróży. Dajcie znać w komentarzach, jeżeli kiełbasa na polskich dróżkach też jest waszą zmorą. Gość przede mną coś je, pewnie kanapkę, zaraz pewnie wyciągnie jajko na twardo, ale nie, wyciąga Harnasia. Czasem przez przerwę w oparciach widzę jego nos, cały w czarnych wągrach. Ponieważ chyba cierpię na compulsive skin picking, doprowadza mnie to do szewskiej pasji, no ale cóż, wjeżdżamy na serpentynę, więc wylatuje mi to z głowy. Do nosa wlatuje mi jednak pomieszany zapaszek piwska z kiełbasą, który powoli acz skutecznie przechodzi w zmysłowy zapach beków pana z wągrami. Body: lekkie aczkolwiek piwne, akcenty kiełbasy jednak mocno zaznaczone. I może tu zakończę część dedykowaną Szwagropolowi. Reszta będzie milczeniem osób, które miały przyjemność nim podróżować.

Kiedy już dojedziesz do Nowego Sącza (i przeżyjesz), po wyjściu ze Szwagra otula cię kolejny zapach. Zwłaszcza jeśli jest to sezon grzewczy. Wszyscy śmieją się z Krakowa, ale jeśli chcecie przeżyć prawdziwą inhalację smogową, Sącz też jest dobrym miejscem. Widzicie, porównanie do nowotworu wcale nie było takie nietrafione! Jako że Sącz jest w kotlinie, to what happens in Sącz stays in Sącz – dość dosłownie. Z Sącza nie wywiewa pyłów, bo w Sączu nie ma wiatru, bo leży w dziurze (aha, czyli jednak moja pierwotna teza też miała w sobie ziarnko prawdy!). Karol powiedział, że bardzo się zdziwił kiedy w Warszawie odczuł podmuchy wiatru na I roku studiów. To może też wyjaśnia, dlaczego zawsze w Białymstoku go przewiewa i jest chory. Problemem też jest to, że w Nowym Sączu ludzie WIEDZĄ LEPIEJ czym można palić, a czym nie. Na przykład oponą albo szmatą. Nowy Sącz w grudniu wygląda jak Londyn w 52 – w powietrzu wisi szara plazma, z każdego komina ulatnia się czarny dym, a kiedy myjesz twarz wacikiem, ma on równie czarny kolor.

czarny dym

HABEMUS CANCRUM

Trochę się zestresowałam, bo z tej całej pisaniny wynika, że ja Sącza nie lubię – a to nie jest chyba prawdą. To może teraz jakiś pozytyw. Wiedzieliście, że Nowy Sącz jest MIASTEM MILIONERÓW i ma najwięcej milionerów per capita w całej Polsce? Wow, wspaniale, Sącz! Wiedzieliście, że MAJKA JEŻOWSKA i KRYSTYNA CZUBÓWNA są z Nowego Sącza? I KORAL? Ten od zawsze jest pora na lody Koral?  W Sączu ma swoją fabrykę tuż pod centrum, z wielkim, obracającym się napisem KORAL oraz swój wielki, wypasiony dom, którego strzegą dwa ogromne złote lwy. Nie żartuję.

Image result for dom korala nowy sącz

Dom Korala jest trakowany jako atrakcja, bo kiedy pierwszy raz obok niego przejeżdzaliśmy, tato Karola specjalnie zwolnił, żebym mogła je zobaczyć. Dom jest jednak bardzo dobrze chroniony, a fotos powyżej jest chyba jedyną oficjalną sesją zdjęciową posesji. Koral pozwolił na sesyjkę wyłącznie dlatego, że umożliwiało mu to pochwalenie się drogimi samochodami.

Jednak poza historią i miejscami, Nowy Sącz dla mnie to w dużej mierze rodzina Karola, którą uwielbiam (to nie jest podlizywanie, bynajmniej!). Wszyscy znający ją wiedzą, że nie przesadzę, jeśli powiem że pierwsze skrzypce gra mama, i nikt też nie zaprzeczy, jeśli powiem, że jest osobą bardzo nietuzinkową. Ale może od początku.

Pierwsza wycieczka do Sącza. Ledwo żywa wypadam z autobusu, jestem zdenerwowana, bo pierwszy raz poznaję teściów (świekrów). Wiem, że czeka mnie jakiś event, ale nie spodziewałam się, że tak szybko. Weszłam do domu, przywitałam się i już praktycznie musiałam wychodzić, bo mama Karola zabierała mnie na BABSKI COMBER.

Jeśli jesteście z północnej Polski, jak ja, to pewnie też zachodzicie w głowę, czym jest babski comber. Jak sama nazwa wskazuje, babski comber jest babski, więc tuż po przyjeździe Karol został sam, kiedy ja, Anusia (teściowa) i później jego siostra pojechałyśmy na comber, czyli tak naprawdę popijawę  przyjęcie kobiet bez mężów w Tłusty Czwartek. Później doczytałam na Wikipedii, że to zwyczaj krakowski: przeklejam, bo opis wart jest conajmniej jednego pączka.

“Pociesznie przebrane i podchmielone kobiety już o świcie wkraczały do miasta, wywołując popłoch wśród w mieszkających w mieście mężczyzn. Na czele pochodu niosły wielką słomianą kukłę, wyobrażającą mężczyznę, zwaną combrem (podczas zabawy rzucały się na kukłę rozszarpując ją). Po dotarciu do rynku kobiety rozbiegały się i ścigały mężczyzn. Dworzanie i urzędnicy zatrzymywani w pojazdach musieli się wykupywać datkiem. Od urodziwych żądały buziaka. Mniej zamożnych i nieurodziwych kawalerów kobiety wiązały powrozami, przewracały na ziemię i przykuwały do wielkiego kloca drewna. Czochrały również za włosy wołając przy tym: comber, comber!. Po kilku godzinach łowów i męczenia kawalerów rozpoczynała się radosna zabawa. Tańce i pijatyki niewiast, które “polowały” na mężczyzn trwały często aż do Środy Popielcowej.”

#MANIFA2018 AMIRITE LEWAKI

Ku mojemu zawodowi, nasz comber tak nie wyglądał, nie było spłoszonych mężczyzn, rozszarpywania kukły, przykuwania nikogo do kloca drewna ani polowania na kawalerów. Za to praktycznie od razu jak zasiadłyśmy za stołem Anusia (czyli mama) podsunęła mi pod nos sporawy kielon Metaxy. Na rozluźnienie.

Cóż, rozluźnienie było mile widziane, bo średnia wieku wynosiła (licząc mnie) 60 lat, wszyscy śpiewali harcerskie/sądeckie piosenki, a ja od razu zostałam przedstawiona jako synowa. Na jednej Metaxie się nie skończyło. Przy trzeciej zza kulis wszedł Romeczek z kolegami.

Jednym ze źródeł dochodów Romeczka, poza murowaniem, jest śpiewanie góralskich i lachowskich piosenek w tradycyjnym stroju. Wygląda trochę jak Jerzy Kryszak, tylko mniej trashy. Jeśli jest impreza, to będzie też Romeczek, będzie improwizowana piosenka, trochę na miarę Chinga a su madre (“widzę tutaj sobie, że się Zuzia nudzi, spójrzno na Karola, może da ci buzi!”, ku uciesze całej imprezy). Romeczek przy naszym pierwszym spotkaniu w piosenkę wplótł nieświadomie pocisk po Białymstoku, więc ma ze mną na pieńku.

Kiedy mama Karola i inne 60-latki szalały do przebojów Podegrodzia, Kinga i ja trochę cierpiałyśmy, więc zostałam zabrana na inny babski comber, taki bardziej współczesny. Miał się obyć w Bohemie, czyli takim “klubie” w centrum. Zachodzimy tam na zaproszenie Agaty. Agaty nie ma, za to są plakaty reklamujące BARDZO BABSKI COMBER Z CHIPPENDALESAMI! Muzyka z Magic Mike’a dochodzi naszych uszu, cierpliwie czekamy, truchlejąc na myśl o tym, że Agata może faktycznie jest na tyle szalona, że na mój pierwszy dzień w Sączu zabookowała nam miejsca w pierwszym rzędzie na striptiz. Okazało się, że nie, ale skończyło się to piciem piwa z szotami wiśniówki.

Od tamtej wizyty 3 lata temu, nie było ANI JEDNEGO RAZU kiedy przyjechałabym do Sącza i cały mój weekend nie byłby już zaplanowany. Nie trzeba nawet prosić, zawsze zapewniona jest mi animacja, mimo że po Szwagropolu chcę tylko umierać. Te najbardziej zapadające w pamięć eventy to w skrócie:

  • kulig następnego dnia po babskim combrze, gdzie mama Karola o 9 rano częstowała mnie samogonem z plastikowej butelki, kiedy głaskałam konia-gwiazdę  Ogniem i mieczem,
  • Impreza lachowska, na której grali Podegrodzcy Chłopcy, te same hity co zazwyczaj gra Romeczek ewentualnie hity ze swojej nowej płyty, którą rodzice Karola mają, a wodzirej stwierdził, że Białystok jest blisko Lublina,
  • liczne imprezy z Niemcami, gdzie również gra coś w stylu Podegrodzkich chłopców  i Romeczka, na 7 osób są sznycle sztuk 100 z pobliskiego baru “Apollo”, a mama Karola przedstawia mnie Niemcom jako Freudin Karola,
  • impreza w remizie, gdzie oczywiście był Romeczek ale też ludzie ze Śląska,
  • wycieczka do barci w grudniu, przy wielkim wietrze i deszczu, gdzie barć była zamknięta, deszcz padał równolegle do ziemi, a komentarz Anusi był tylko po niemiecku,
  • oraz event na cmentarzu przy halnym takim, ze nie dało się prosto stać i nawet ksiądz chciał skończyć wcześniej,
  • byłam na Zamku w Grybowie i nie jest to zabytkowy zamek – znajomy rodziców Karola stwierdził, że zbuduje sobie zamek – i zbudował. Teraz w nim mieszka, a rodzice Karola planują tam nasz ślub (nie martwcie się, jest nawet idealny podest na grajków, ażeby zagrali Rains of Castamere ;))

Mama Karola na te wszystkie różne uroczystości przywdziewa lachowską kiecę (nie mam zdjęcia prawdziwej kiecy, więc macie wersję light):

IMG_20180127_205411152

i słucha radia z przebojami muzyki ludowej. Słucha go tak zacięcie, że żeby było mi miło, wywindowała swoimi głosami podlaski zespół z grupy do odpadnięcia z listy przebojów na 5 miejsce.

Wiem, że to może nie składa się na obraz ekscentrycznej osoby, ale nie odchodźcie jeszcze! Jest więcej.

Anusia jest moją idolką pod tym względem, że nie uznaje instytucji spodni. Wydaje mi się, że nie ma ani jednej pary i zawszę widzę ją tylko w spódnicy przed kolano lub w sukience. Nawet jeśli właśnie wchodzimy na górę w Beskidzie Sądeckim przy 0 stopniach i śniegu. Nawet jeśli są to zajęcia pilatesu na siłowni, albo zjeżdża na nartach po trasie górskiej. Mama Karola bardzo rzadko akceptuje buty na płaskim obcasie, więc wszystkie szlaki również przemierzane są w pantofelkach z małym i szerokim obcasem.

Szlaki są, swoją drogą, specjalnością Anusi. Jest ona prawdziwą kobietą lasu i mam czasami wrażenie, że górzyste tereny południa zna lepiej niż własną kieszeń w spódnicy. Ta wiedza dotyczy również ścieżek i szlaków, które były kiedyś w różnych miejscach 30 lat temu. Szczególnie w pamięć zapadła mi anegdotka opowiedziana podczas wspinaczki (po szlaku): kiedy siostra Karola była mała, mama Karola zabrała przyjezdnych Niemców na wycieczkę po górach. Niestety, zamknięto najbardziej widowiskową trasę – lecz to nie było problemem! Anusia, wraz z małą Kingą w plecaku, poprowadziła Niemców wzdłuż zarośniętych turni, tak, że wszystkich gałęzie smagały po twarzy. Łącznie z dzieckiem w plecaku, które “na szczęście nie wypadło”.

Historii jest wiele, ale więcej nie pamiętam i proszę Was, czytelnicy, o wybaczenie. Karol ma oczywiście więcej członków rodziny, którzy może nie są aż tak anegdotyczni, a jeśli są, to prawdopodobnie to przeczytają, więc wolę siedzieć cicho. Jak już mówiłam, what happens in Nowy Sącz, stays in Nowy Sącz.

Jest również wiele innych historii, które pamiętam, ale o których nie chce pisać, np. o tym jak rozwalono jedyny zamek w Sączu, o Klusce który hoduje owce, o wege menu którego można tam uświadczyć (np. kiedy na weekend teść kupi ci 3 główki sałaty i 2 paczki rukoli), ale to może następnym razem (lub nigdy, znając moje lenistwo).

Advertisements
Standard

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s