Uncategorized

Dramat z sąsiadami

Drodzy, drodzy. Pandemia zmieniła wiele, tego nikt nie może zaprzeczyć. Chciałabym jednak opisać wam pewną rzecz która zmieniła się – a może po prostu urosła diametralnie do absurdalnych rozmiarów – w mojej rzeczywistości. Chodzi o sąsiedztwo. Wszyscy wiemy że mieszkanie w budynku gdzie ma się sąsiadów nie zawsze jest lekkie i przyjemne. Jednak przez natężenie się sąsiedztwa przez pandemię, przebywanie ścianę w ścianę z innymi ludźmi prawie całą dobę, może faktycznie doprowadzić do pewnych bardzo interesujących sytuacji. Ale żeby rozpocząć moją opowieść, zacznijmy od…

PRELUDIUM

Od początku stycznia zamówiłam sobie katering dietetyczny, przywozili mi pod drzwi i było super, jem zdrowo i chudnę bez żadnego starania się – czego chcieć więcej.

Pewnego dnia wystawiam jednak głowę z mojego mieszkania, a na parapacie nie ma torby. Zrobiłam piżamowy obchód, może ktoś zostawił pod innymi drzwiami? Niestety, wszystko wskazuje na to że zniknęła mi cała torba żarcia spod drzwi, albo nigdy jej tam nie było. Katering twierdzi że wedługich systemu logistycznemu zostało dostarczone i mają zdjęcie torby pod drzwiami.

O nie, ty plugawy przestępco kradnący moje zdrowe wegańskie posiłki 1500kcal dziennie, nie przechytrzysz mnie! Od tamtej pory wstawałam o 3 rano żeby zabierać pudełka spod drzwi – przez obserwację wiedziałam, że zazwyczaj wtedy torba ląduje na wycieraczce.  Ale! I tak ciągle czegoś brakowało w środku, zazwyczaj jakieś pierdoły w stylu przekąska bądź podwieczorek który był mikroskopijnym kawałkiem ciasta. Zwalałam to na catering, bo torba była zamknięta, była tam mała dziura ale wydawało mi się że niemożliwe jest wyjęcie czegokolwiek.

Enter moi sąsiedzi. Mieszkam w starej kamienicy więc nie mamy pięter, tylko półpiętra po jednym mieszkaniu. Sąsiedzi mieszkają naprzeciwko, pół piętra niżej, i widzą moje drzwi doskonale przez swój wizjer, tak jak ja widzę ich. Bardzo długo nie było ich w tym mieszkaniu w ogóle. Pewnego dnia zjawił się dzielnicowy i zapytał czy ich znam. Nie znałam bo ich nie było.

Ale powrócili.

Oczywiście moim pierwszym odruchem był odruch ubecki – zadzwonienie do dzielnicowego, K. namówił mnie żeby tego nie robić argumentem „nie bądź ubekiem”. Jak dowiecie się z poniższej lektury, nie miał racji.

Od początku mnie martwili. Non stop słychać było od nich krzyki i kłótnie, kurwy i ja pierdolę, nie odpowiadają mi na dzień dobry, facet często chodzi nalany. Muzykę puszczają tak głośno że jeśli otworzę swoje drzwi to mogę przesłuchać całego crazy froga. Wtedy nic stamtąd nie słychać poza rambam bak bambambam this is crazy froog!

Ostatnio też grzebali się w skrzynce do internetu i rozwalili nam kabel, dowiedzieliśmy się jak wywaliło nam wifi i okazało się że w skrzynce ktoś majstrował przy modemach (mamy skrzynkę na klatce, na wspólne półpiętro, więc tylko oni mieliby do niej klucz i w ogóle interes).

Pech chciał że katering zaczął przywozić rzeczy później i o 3 go nie było. Znów znikają mi rzeczy, w tym dość bezczelnie bo torba była otwarta, co sprawiło że wątpię ze to wina kateringu. Poprosiłam dostawcę żeby za każdym razem dzwonił czego nie robił.

Zastanawiałam się czy istnieje jakaś metoda na systematyczne uporanie się takim problemem. Oczywiście że poradziłam sobie z tym pytając w internecie, sugestie jednak w dużej mierze sugerowały jedynie:

– otrucie sąsiadów

– spowodowanie sraczki u sąsiadów

– poparzenie układu pokarmowego sąsiadów najostrzejszym sosem z chilli

– zamontowanie kamerki w judaszu

Dzięki tym doskonałym sugestiom wybrałam najbardziej odpowiedni środek prewencyjny, mianowicie nie zrobiłam nic. The Zuziaczek way. Subskrypcja na katering się skończyła, skończyły się i kradzieże.

PRZERYWNIK

CHÓR:

Ktoś nasikał do wazoników w których stały suche kwiatki,

W moczu stoją zeschłe róże i bratki.

Skąd wiem że to mocz, braci moja miła?

Skosztować owej cieczy się nie odważyłam,

Jednak jej kolor i zapach specyficzny,

Wskazują na zaczątek fizjologiczny.

Lecz wtem – wirus straszny, ludu,

                                             Zaklucz drzwi!

W Biedrze wciąż kolejka, prawie rozlew krwi,

Catering by się przydał, coś mnie niepokoi

Czy jedzenie to mój, czy sąsiada głód zaspokoi.

Wtem! Niczym trąba jerychońska dudni

Muzyka od sąsiadów, echo w całej studni

Kamienicy, do każdego mieszkania wpada

Crazy frog, Peja, Depeche Mode, głos starego dziada

Zremiksowany i w społy z babą należycie

„In my mind, in my head” śpiewa na ripicie.

Wtem! W rzadkim momencie ciszy

Sokół się odzywa, krzyczy, wrzeszczy, piszczy

Tak, objawienie jakieś się przybliża,

Tak, drugie starcie sąsiedzkie chyba się przybliża!

Drugie starcie! Zaledwie wyrzekłam te słowa,

Przez okno wychyliła się lubego ma głowa.

To nie sokolnik, to nie sokół lecz nagranie,

Godzina po godzinie gra nieubłaganie.

Siódma rano – znów ptasi głos rozbrzmiewa,

Tak mi sąsiedzi uchylają nieba.

KULMINACJA

Od lutego moja kamienica i życie w niej zaczęło przypominać fabułę Highrise – sąsiedzi kradnący katering byli tylko zaczątkiem rozkładu wartości społeczych w moim budynku. Zaczęła się podwójna pandemia.

Kulminacją jest historia o sąsiedzie Tomaszu – moim sąsiedzie z 3b. Jest to tylko jeden z opętańców, historii sąsiedzkich jest więcej, ale dziś tylko o nim.

Enter Tomasz. Nie nazywa się tak naprawdę Tomasz, ale ma taką tomaszową twarz że został przeze mnie tak ochrzczony. Tomasz jest swołoczą której oczkiem w głowie jest jego samochód. Wygląda jak stary gimnazjalista, ma pewnie tak z 55 lat, ale gdyby nie jego zmarszczki powiedziałabym że chodzi do 3b. Jego auto to nie Porsche ani nawet BWM, tylko 20-letni minivan który parkuje tuż pod swoim oknem. Podejrzewam że po to, żeby mieć na samochód oko i bronić go przed ewentualnymi zamachami terrorystycznymi. Często siedzi w oknie i patrzy na minivana czułym wzrokiem, ewentualnie plotkuje z tego okna ze sprzątaczką (więc na pewno wie o sprawie z kateringiem).

Podczas pandemii ktoś zaczął remont bezpośrednio nad Tomaszem. Wybaczcie angielszczyznę ale Tomasz went ballistic jak zaczęli zrzucać tynk rękawem. Wymusił na nich w przeciągu paru dni usunięcie rękawa, więc biedni właściciele i robotnicy musieli zainstalować chałupniczą windę. Tzn małą paletę zaczepioną liną o balkon – na który, jak wynika z informacji przysłanej przez zarząd, nie można wychodzić bo grozi zawaleniem.

Ale czy to jest jakiś problem? Nie tylko wychodzili tam robotnicy ale sukcesywnie przez parę tygodni ładowali na paleciątko gruz, rzeczy, cegły i zwozili je paletą z 2 piętra na ziemię i pakowali w worki.

Nie zadowoliło to jednak Tomasza. Pewnego dnia się po prostu wkurwił – i w jeden z dni największej warszawskiej suszy – podłączył gdzieś szlaucha i zalał worki oraz orginalne drewniane drzwi z lat 20. wodą. Oczywiście pod pretekstem mycia swojego ukochanego minivana, od niego zaczął, a potem sukcesywnie oblewał wodą całą ścianę kamienicy po swojej stronie, WŁĄCZAJĄC W TO OKNA LUDZI Z PARTERU, no i oczywiście worki oraz okna do piwnic. Lał wodę ponad godzinę. Podczas suszy. Mył również samochód w mieście więc cały brud spływał prosto na studnię. Studnię należało więc również namiętnie wypłukać, co robił następnego dnia przez kolejne 60 minut z zegarkiem w ręku. Byłam na granicy dzwonienia po policję, ale stwierdziłam że nie będę taka – czyli znów musiałam zrepresjonować mój ubecki instynkt, który przecież ostatnim razem się nie mylił – no ale nikt przecież by tak nie zrobił.

Jak się okazuje, nikt by tak nie robił ale Tomasz to nie jest nikt. Ale o tym później. Z powodu worków odbyła się w międzyczasie niejedna awantura – przyszli właściciele zalanych worków i niezalanego mieszkania (prawdopodnie tylko dlatego że było na drugim piętrze). Awantura, category is: dlaczego te worki stoją TUŻ POD OKNEM TOMASZA (narrator z offu: nie stały)?

Tomasz ma taki system pracy że najpierw drze mordę z okna przy samochodzie a potem wybiega z mieszkania w papciach dalej wiszcząc w niebogłosy. Jest to kamienica – więc wszyscy wszystko słyszą. Jego problem polegał na tym że worki stały i śmieciły (może jakby pozwolił im postawić kontener to by ich już nie było). On się tyle musiał nachodzić i naprosić żeby zniknęly, tak bardzo się starał, a tu nic. Nikt z tym nie chce zrobić, ale teraz, dzięki niemu, ma nadzieję że w końcu będzie porządek. Następnego dnia właściciele i robotnicy zaczęli tachać wory żeby załadować je na kontener. Tomasz po raz kolejny wyleciał w papciach i zrobił aferę: pył z przenoszonych worów brudzi jego samochód!!! A jak auto brudne no to co – kolejny dzień lania wody przez godzinę po całej kamienicy.

Kolejnego dnia sąsiadka nad nim po skosie myła balkon i za bardzo chlusnęła wodą. Tomasz prawie nie wyskoczył z papci. Ta woda przecież brudzi jego samochód!!!! Najpierw rzucał na nią kurwami z okna, aż wyleciał na dziedziniec i opieprzył ją za to że kropla wody jest na aucie (narrator z offu: nie była bo było to za daleko). Krzyczy w furii, że trzeba było mówić że będzie chlustać wodą to by przestawił minivana. Babka zaczyna się drzeć, że jakby wiedziała że będzie lał przez godzinę wodę wczoraj o 13 to by zamknęła okno do piwnicy, a teraz ma zalaną przez jego prace porządkowe. Odpowiedź Tomasza? „To trzeba było powiedzieć że to dla Pani ważne”.

To jednak nie koniec ciężkiego, iście hiobowego żywota Tomasza. Po tym jak wszystkie worki zniknęły, i wydawało się że w kamienicy znów zapanował spokój, zaczął się remont naprzeciwko. Mr T nie robił awantur (albo nie pamiętam) aż do momentu jak robotnicy nie zaczęli przysypywać gruzu na ciężarówę stojącą 3 metry od jego auta, aby nie śmiecić jak poprzedni właściciele.

Klasycznym sposobem najpierw otworzył okno i zaczął złorzeczyć na robotników, co oni sobie wyobrażają, brudzą jego auto. Robotnicy popatrzyli po sobie i dalej ładowali wory i cegły na pakę. Tomasz jak rakieta wyleciał w kapciuszkach i lada chwila doszłoby do rękoczynów. Musiałam przełożyć calla w pracy bo się nie dało wytłumić wrzasków ani pracować. Tomasz zawzięcie tłumaczy, że samochód się brudzi, robotnicy że niby jak on to inaczej sobie wyobraża. Tomasz nie wie, ale mordę drze dalej. Zdenerwowany niewzruszonymi robotnikami którzy odwalali swoją robotę, Tomasz jak perszing pobiegł do przewodniczącego wspólnoty Bogdana – z którym ewidentnie ma sztamę. Tomasz w towarzystwie Bogdana wylatują więc znów do robotników. Tym razem oboje ciskają gromami, że tak nie można, że jak to, że to niedopuszczalne. Robotnicy na to, że kazali im nie podstawiać kontenera żeby nie pylić więc jakoś muszą to zrobić. Sytuacja eskaluje i już jestem przekonana że Bogan i Tomasz rzucą się na spokojnie tłumaczących swoją pracę robotników. W pewnym momencie pada zdanie – „dzwonimy na policję”.

Myślałam że to czcza groźba dopóki nie przyjechała policja. Dwóch funkcjonariuszy.

Pierwsze co kazali zrobić to założyć wszystkim maseczki. Tomasz niepyszny podreptał do domu, zmenił papcie na buty i założył maseczkę która chyba trochę stłumiła jego bicie piany. Drugą rzeczą którą kazali zrobić to przestawić ciężarówę bo blokowała wjazd do kamienicy trzem samochodom.

Po uporządkowaniu towarzystwa zaczyna się gehenna. Tomasz cały na biało wiedzie policjanta do swojego samochodu i pokazuje mu palcem wszystkie miejsca na których osiadł pył. Miejsca które są brudne przez 20 minut ładowania rzeczy na pakę. Nie ma ich zbyt wiele, więc Tomasz najpierw przejeżdża palcem po masce i tryumfalnie pokazuje palec policji, jak w jakimś Wielkim Legalnyn Teście Białej Rękawiczki. Policjant, po stopniu uniesienia brwi wnioskuję niezbyt przejęty lub próbujący nie zrobić fejspalma, słucha uważnie. Tomasz zaczyna gładzić samochód jak małego kotka, przestaję więc patrzeć bo zaczyna mi być słabo od wstydu z drugiej ręki.

Bogdan w międzyczasie dudni swoim basem że sytuacja jest niedopuszczalna i oznajmia, że dzwoni do właścicieli. Zjawiają się i oni – w sytuacji bierze udział już dziewięć osób: 2 właścicieli, Tomasz i Bogdan, dwóch policjantów i trzech robotników. Wydawało by się wystarczająca ilość osób do rozwiązania tego problemu, ale najwidoczniej nie – policja zadzwoniła po posiłki i zjawiło się kolejnych dwóch funkcjonariuszy. Frekwencja wzrasta do 11 osób.

Tomasz w międzyczasie wpadł w tantrum godne pięciolatka albo rozbestwionego Sebixa z 3b. Znów robi analizę samochodowego brudu, tym razem właścicielce i nowemu policjantowi. Policjant próbuje mediować – pyta Tomasza, czego on by chciał od właścicieli – Tomasz mówi, że on w sumie to nie wie. Włascicielka zaraz wyjdzie z siebie, ale w końcu udało się wszystkich uspokoić. Dwóch policjantów oddala się, Bogdan również, wydaje się że sprawa załatwiona polubownie bo ciężarówka już odjeżdża w siną dal, ale Tomasz węszy okazje do zrobienia poremontowych czystek społecznych i dopada innego policjanta.

Zaczyna mu pokazywać filmiki z tego jak poprzedni remont załatwił sprawę worków. Zdjęcia jak oni ładowali rzeczy na paletę co brudziło jego auto. Jak potem śmiecili workami. Zaczyna pokazywać palcem co i jak. Chodzi po studni jak jakiś Szerlok albo agent CSI, odtwarzając kąty i trajektorie opadu brudu. Skarży się jak to tak, paletą z balkonu! Tuż nad jego oknem! Policjant notuje coś skrzętnie w zeszyciku, podejrzewam że słowa „kill me now”. Wykład trwał 15 minut po czym towarzystwo się rozeszlo – nie wiem z jakim skutkiem dla kogokolwiek. Prawdopobonie żadnym.

Sprawa trwała ponad godzinę. Nie mam telewizji ale po co, skoro wystarczy wyjrzeć przez okno żeby mieć najlepszą rodzimą telenowelę.

I jeżeli zastanawiacie się czy Tomasz umył 3 raz samochód w ciągu dwóch tygodni, to chyba w głębi duszy znacie na to odpowiedź.

Standard

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s