Uncategorized

Rita Ora

Jedno w życiu jest pewne jak amen w pacierzu. Każdy ma swoje obsesje. Jako dziecko czytamy wszystko o dinozaurach albo kosmosie, ewentualnie czołgach. Później, kiedy już mamy dostęp do Bravo i Bravo GIRL przerzucamy się na Justina Timberlake’a, Billa Kaultiza albo Evę Longorię. Wtedy oczywistą rzeczą jest że najbardziej podstawową funkcją egzystencji to doinformowanie wszystkich o absolutnie każdym szczególe dotyczącym osoby/rzeczy/zjawiska, hołubienie jej i wytwarzanie (jednostronnej) silnej więzi z obiektem hiperfiksacji, która będzie dla nas oparciem w trudnych czasach.Teraz nazywa się to wytwarzanie paradoksalnej relacji, kiedyś nazywało się bycie psychofanem.

Tak się mądrzę, bo mogę z dumą powiedzieć – BYŁAM KIEDYŚ PSYCHOFANKĄ. Teraz jest na to elegantsze słowo, które moim zdaniem nie oddaje otchłani uczuć do obiektu westchnień – stan. Po drodze była jeszcze fangirl, ale teraz słowo to jednoznacznie kojarzy mi się z fanfikami One Direction. Piszę byłam – ale może dalej jestem? Spotkawszy na imprezie u osoby koleżeńskiej dziewczynę, która też uwielbiała Patricka Wolfa, okazało się że temat dalej mógł się ciągnąć w nieskończoność. Ale nie myślcie drodzy czytelnicy, że bycie psychofanem ogranicza się tylko do gadki i wspominania jaka pierwsza płyta była super,  jaki teledysk to The City był słodki, że nie wiadomo co z Kluską (kto ma wiedzieć ten wie), co było w najnowszym live na instagramie o 4 rano, że teraz Patrick nic nie nagrywa bo gra na flecie na jakiejś opuszczonej stacji i ma depresję. Jest to wiele elementów których w retrospekcji się wstydzę, ale drugiej strony wspominam z pewnym rozrzewnieniem. I wszystkie one tworzą bardzo dziwną mozaikę mojego psychofaństwa.

Jak można nie westchnąć z rozrzewnieniem nad tym, że kiedy Patrick pierwszy raz przyjechał do Polski, ja z innymi osobami koleżeńskimi poznanymi na Facebooku, zrobiłyśmy kosz rodem z PSS Społem, z Ptasim Mleczkiem, Delicjami i żubrówką w żubranku? Czy potraficie sobie wyobrazić naszą ekstazę, kiedy Patrick zrobił z nią sobie drinka na scenie? Wszyscy byliśmy oczywiście tuż pod sceną po Bitwie do Wejścia – no bo chyba nie ma opcji, żebyśmy nie stały tuż pod sceną, uwieszone barierki? Zwłaszcza kiedy mieliśmy do wykonnia akcję koncertową z wyciąganiem kartek i sypaniem w powietrze brokatu? Dostanie tego miejsca wymagało solidnej przeprawy z łokciami w pogotowiu i koczowania pod salą koncertową 2 godziny wcześniej. Z mniejszym rozrzewnieniem wspominam tak zwane albumy urodzinowe, tzn. specjalne prezenty na patrykowe urodziny, gdzie robiło się zdjęcie z konkretną literką z frazy „Happy Birthday” w swoim mieście. Specjalnie pojechałam do Warszawy, żeby strzelić sobie fotę pod PKiN. Więcej niż jeden raz. Album wydrukowany oczywiście trafiał do Patricka.

RADA OD ZUZIACZKA

Pamiętajcie, jak rzucacie brokatem w górę, to mimo że super to wygląda, nie patrzcie w górę, bo będziecie mieć brokat w oczach i będziecie łzawić przez cały koncert. Wasza współlokatorka będzie wymywać z mieszkania brokat przez kolejne pół roku. 

Niech pozostaną milczeniem wspomnienia o tym, jak założyłam hejterskiego fanpage jednej irytującej dziewczyny z koncertów, stalkowanie chłopaka Patricka (vel Kluska). Zamiast tego zastępuję je wspomnieniem wymianki ręcznie robionych Patrick-themed kartek świątecznych z ludźmi z Tumblra, których w ogóle nie znałam.

Po drodze miałam więcej zawiech na konkretnych osobach, ale żadna nawet nie zbliża się do intensywności Patricka… Może poza jedną kategorią.

Podrozdział: Hate Boner (pl. Wzwód nienawiści)

O ile sympatie przychodzą, odchodzą, i wspominam o nich czasem czule, czasem z rozbawieniem, kategoria hate bonera jest niestety częstą odmianą moich obsesji. Czym jest hate boner? Podobnie jak psychofaństwo, dążymy tutaj do całkowitego poznania naszego obiektu, jednak w zupełnie przeciwnym celu. Jest to fiksacja negatywna, która zamiast wynosić obiekt na piedestał, dąży to oblania go farbą i wdeptania w ziemię. Sam akt poznania sprawia perwersyjną przyjemność i pozwala na wyzwolenie oburzenia, zirytowania i nienawiści. Hate’owanie obiektu obsesji wywołuje erotyczne wręcz napięcie, które najprawdopodobniej nigdy nie znajdzie ujścia. O ile psychofaństwo może się karmić okruchami bliskości piosenkarzy na koncertach lub postami w mediach społecznościowych, ujście hejtu to ostateczne i publiczne unieważnienie naszej znienawidzonej osoby – co, umówmy się, nie dzieje się. Wszyscy hejtujemy w cichości swoich serduszek (proszę, powiedzcie mi że nie piszecie niemiłych komentarzy na Pudelku). 

 Wiecie kto w liceum napisał sobie czarnym długopisem na dżinsowej kurtce HATE? Wzwody nienawiści to moja specjalność. Hejterstwo płynie zakrzepamii przez moje żyły, przez co podejrzewam że muszę być najbardziej napaloną osobą na Mazowszu. W małopolskim może już nie, bo nie wiem czy mój wzwód nienawiści może w jakikolwiek sposób konkurować z elektrownią nienawiści ładowaną łańcuchem dostaw Brytoli do Krakowa. Aktywnie wyszukuję informacje, tylko po to żeby ponarzekać na konkretne osoby, mimo że nie robią nic złego, poza tym że mnie irytują. Rozpoczynam półgodzinne tyrady, by przeżyć mój gniew. Szukam zgody od innych osób – jak też się poirytują osobą, jest to jak orgazm. No ale jaki jest wzwód każdy widzi. Żeby się utrzymał, niezbędna jest ciągła stymulacja. Tak więc instagram się scrolluje, fejs się przegląda, a ja dyszę z rozkoszy nad moim oburzeniem. I jak zapewne się domyślacie, to zjawisko nie ma absolutnie nic wspólnego z zazdrością.

No ale dobra, pytacie, drodzy czytelnicy,  dlaczego w ogóle ta notka jest zatytułowana „Rita Ora”? Czy jestem psychofanką, czy mam hate bonera? Jest to bardzo dobre pytanie. Tak naprawdę celem tej rozprawki było rozprawienie się z tą kwestią, przeczytanie i edytowanie mojego strumienia świadomości. Ustalenie, jakie uczucia żywię do Rity. Faktem jest to, że złapałam Rita-bakcyla, o Ricie nasłuchali się moi znajomi, moi followersi na Instagramie i mój terapeuta. I na pewno co najmniej paru czytelników bloga nie ma pojęcia, kim jest Rita Ora, albo coś kojarzą, ale nie do końca.

Nie jest łatwo wkręcić się w Ritę. Podczas procesu Johnnego Deppa wkręciłam się w plotkarskie fora, i wyszukiwałem na nich informacje o ludziach, których lubię, np. Taika Waititi. Odkryłam, że ma dziewczynę, Ritę Orę – moją reakcją nie była ani nienawiść, ani radość, bardziej lakoniczne uniesienie brwi. Lecz od razu przyznaję się – ledwo wiedziałam kto zaś, ani co w ogóle robi. Drodzy czytelnicy – otóż nic. Czasami coś nagra, ale głównie to chodzi po czerwonych dywanach, promuje swoją tequilę, i jest fotografowana na mieście. Cytując moje forum plotkarskie – „get yourself somebody that looks at you like Rita Ora looks at paparazzi”. Rita jest znana z….? Jej największy hit to bycie chórkami w piosence Charlie XCX. Każda jej piosenka brzmi jak kandydat Eurowizyjny z Wielkiej Brytanii, który niechybnie dostanie 0 punktów. Była dziewczyną Bruno Marsa, Roba Kardashiana, Calvina Harrisa… co było powodem wielu dram, a co za tym idzie wielu nagłówków w gazetach typu szmatławiec. Istnieje też konflikt między nią a Duą Lipą, bo obie są z Albanii Dua chciała jej pomóc się wybić, ale Rita stwierdziła że sama sobie poradzi… Cóż, widać jak wyszło. Przy temacie Albanii, Rita często oskarżana – i słusznie – o blackfishing, czy udawanie, że jest ciemniejsza niż jest żeby być bardziej…? Sławną? 

Rita jest też internetowo znana z tego tweetu (uwaga na ciarki wstydu):

Tweet zebrał 5% lajków, więc Rita go usunęła, twiedząc że ktoś jej się włamał na konto. 

Tak było, Rita.

Mam więc z Ritą problem – wydaje mi się na tyle nieporadna i odrobinę głupiutka, jej muzyka to pop który nie wyróżnia się niczym specjalnym. W kościach czuję, że powinien być to maksymalny hate boner, i w takich sytuacjach często się niechcący pojawiał. Tutaj jednak… Nic nie drgnęło. Często myślę o Ricie i włączam jej płytę, żeby pomyśleć „och jakie to jest złe”, ale potem łapię się na zapętleniu jednej z piosenek, zupełnie nieironicznie i bez karania się za to. Ciężko jest mi sobie poradzić z tą ambiwalencją, zwłaszcza że mam często problem z przebywaniem w szarej strefie, zamiast na biegunach. 

Po dłuższej refleksji, myślę że Rita stała się być może takim symbolem niedopowiedzenia, fascynacji, która nie jest parasocjalna tylko bardziej podobna do naszych obsesji z dzieciństwa. Przypomina bardziej fascynację ciekawym kamieniem znalezionym na plaży albo otoczakiem, niż podkochiwanie się w Scarlett. Przypomina mi też o tym, że może nie wszystko jest jest albo love, albo hate, tylko istnieje coś takiego jak złoty środek w postaci Rity Ory (a oro to w końcu „złoto” po hiszpańsku”!). Letnia (sic) obsesja, niegroźna, figlarna, która dzięki braku głębi nie powoduje wstydu ani smutku, tylko uśmiech na twarzy jak po głupim jasiu i jest źródłem rozrywki dzięki swojej niedorzeczności. Może każdy musi przejść swój łańcuch obsesji, minąć każde kółeczko w serii Kosmos-Bravo GIRL-Psychofaństwo, żeby dotrzeć do kółeczka Rita Ora. I może Rita Ora jest wejściem w dorosłość, albo dojrzałość, w wieku 29 lat. 

Na sam koniec wstawiam moje ulubione zdjęcie Rity i zdjęcie mojego ulubionego kamienia. Myślę że mają parę punktów stycznych. 

Standard

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s